Blog Janusza Korwin-Mikke

Gospodarka nie dla idiotów

2009-04-16 8:58

To nie sztuka zabić Kruka…

Jak Państwo wiecie – albo nie wiecie – jestem zwolennikiem prawdziwego kapitalizmu. Kapitalizm taki polega na tym, że gość, który zna się odrobinę (reszty dowie się w trakcie…) na parówkach, kupuje sobie blaszane pudełko podgrzewane od dołu czterema świeczkami, do pudełka wlewa wrzątek z ugotowanymi parówkami – i wychodzi na ulice. Jeśli pomysł chwyci, za dwa dni wynajmuje czterech ludzi do sprzedaży parówek, za dalsze dwa: szesnastu – a po pół roku jest właścicielem firmy sprzedającej w 300 miastach w Polsce parówki – zatrudniającej przy tym 5000 sprzedawców.

A jeśli pomysł nie chwyci, to pudełko odkłada na strych i kombinuje, jak tu założyć inny interes.

Istotą kapitalizmu jest wolna konkurencja – polegająca na tym, że z dwóch przedsiębiorców wygrywa ten, który lepiej zna się na przedmiocie handlu i produkcji – i zacieklej walczy o swoje.

Pamiętam, jak w młodości czytałem prace słynnego teoretyka przedsiębiorczości, śp. Harringtona Emersona, który wspominał faceta, który założył fabryczkę papierowych tutek do papierosów. Dokonał cudów. Wyrezał prawie wszystkich konkurentów, zdobywając o parę centów tańszy karton, tańsze i lepsze rurkarki, szkoląc personel. Ale jednego konkurenta nie wykosił. Poszedł odwiedzić jego zakład. Przyjrzał się – i stwierdził, że tamten ma wszystko tak idealnie z’organizowane, że lepiej już się nie da. Wrócił do siebie – i … zamknął firmę, przerzucając się na inna produkcję.

I został milionerem.

Dzisiejszy „kapitalizm” polega na tym, że wszystkim zajmują się specjaliści od dawania łapówek urzędnikom, od relacji z prasą i od pacyfikowania personelu. Na produkcji nie muszą się znać – i nawet nie muszą w życiu być w żadnej swojej fabryce.

Oczywiście z kapitalizmem nie ma to wiele wspólnego…

Piszę to, bo w sierpniu ub. roku pisałem (p/t „Kruk w bieliźnie”) o aferze z wrogim przejęciem (rok temu) jubilerskiej firmy „W.Kruk” z Poznania przez Grupę Vistula (w praktyce: „Vistula” i „Wólczanka”). Opisałem przy tym genialny manewr p.Wojciecha Kruka: gdy Vistula (na kredyt…) zakupiła akcje „W.Kruk”, p. Wojciech Kruk razem z p.Jerzym Mazgajem (specem od żywności), za otrzymane za sprzedaż swojej firmy pieniądze wykupili sporo akcji Vistuli, i… opanowali ja od środka!!

Napisałem wtedy:

„Powstaje tylko pytanie, czy jubiler i handlarz żywnością znają się na bieliźniarstwie?”

Odpowiedź oczywiście brzmi: tak samo, jak szefowie „Vistuli” ,i „Wólczanki” znają się na handlu złotem i brylantami.

Efekt tej nieoczekiwanej zmiany miejsc był żałosny – ale przewidywalny od początku. V&W nie znały się na handlu złotem – więc zaczęły nim handlować – a kierownictwo V&W przejęli ludzie nie znający się na szyciu garniturów i koszul. Dziś pp.Kruk i Mazgaj (obecnie Prezes RN „Vistuli”) mają problemy, cytuję:

Znana z garniturów i koszul Vistula Group stanęła nad finansową przepaścią, bo w okresie hossy na giełdzie chciała na kredyt szybko się rozwijać. W połowie zeszłego roku dokonała głośnego wrogiego przejęcia firmy jubilerskiej W.Kruk. Na ten cel poszło 250 mln zł kredytu z Fortis Banku. Do końca marca ten dług urósł już do 287 mln zł.

Ówczesne władze spółki wcale nie chciały iść aż w tak duży dług. Plan był taki: Vistula ogłosiła wezwanie na 66 proc. akcji W.Kruk, ale wcale nie liczyła, że kupi ich aż tyle. Przypuszczano, że papierów nie będą się pozbywać założyciele spółki, rodzina Kruków. Tymczasem Krukowie, po długim oporze przeciwko Vistuli, złożyli broń i odpowiedzieli na wezwanie. Z tego powodu już na starcie Vistula wydała więcej niż planowała.”

PP.Kruk i Mazgaj odpowiadają obecnie za kłopoty, których narobili ich wrogowie – których Oni teraz wyrzucili i zajęli ich miejsce!!

Jestem też – jak nie wszyscy wiedzą – zasadniczym wrogiem tzw. holdingów. Gdyby – jak 200 lat temu – istniały tylko prywatne firmy – ewentualnie firmy należące do spółek złożonych z kilku znających się wzajemnie facetów, jak w „Ziemi Obiecanej” - to nie byłoby problemu. Gdyby jakiś idiota-krawiec uparł się kupić firmę jubilerską to po pierwsze: jej właściciel mógłby jej po prostu nie sprzedać. Gdyby ten jednak zaciągnął pożyczkę i zaoferował cenę za wysoką, to ów jubiler by ja sprzedał, a za otrzymane pieniądze założył konkurencyjną… Po kilku miesiącach krawiec, nie znający się na jubilerstwie, by zbankrutował lub ze stratą odsprzedał interes – i po problemie.

Wiele razy pisałem, ze sytuacja, w której spółka A może kupić akcje spółki B, spółka B spółki C, a spółka C spółki A - to paranoja. Z zaciekawieniem patrzę, co teraz zrobią pp.Kruk & Mazgaj? Może wezmą miliard pożyczki i w ramach „ucieczki do przodu” kupią np. „Petrochemię”?

Tak nawiasem: Kodeks Handlowy do roku 1988 nie dopuszczał sytuacji, w której spółka może kupić własne akcje(!) lub spółka A akcje spółki B i odwrotnie. Jednak opisany przed chwilą układ z trzech spółek był możliwy – i powstaniu takiego potworka nie można było zapobiec. Praprzyczyną paranoi jest bowiem pomysł „spółek anonimowych”, w których ”właścicielstwo” stało się zupełną fikcją (a w spółkach z oo. - oderwało się od odpowiedzialności!).

Już 20 lat temu pisałem, że sytuacja w USA świadczy o tym, że Czerwoni zamordowali tam kapitalizm – co widać np. po tym, że przez 20 lat nie postała ani jedna fabryka samochodów (!!!) - a firmy zajmują się głównie połykaniem się wzajemnym. Jest to – pisałem – sytuacja chorobliwa.

Amerykanie wkroczyli w tę paranoję wcześniej – więc mają większe problemy. Dlaczego Polska mając lepszy kodeks od amerykańskiego zmieniła swój na amerykański? Bo nikt mnie nie słuchał (co pozostało do dziś…). Wtedy – widząc sukcesy XIX wiecznych Stanów Zjednoczonych - wierzono, że WSZYSTKO co amerykańskie, jest lepsze.

Otóż: nie wszystko…

Janusz Korwin-Mikke

jkmjanusz@o2.pl

2009-03-03 10:20

Dla kogo pracuje handel?

Handlowcy wszelkiej rangi na ogół to w Polsce wiedzą, a przynajmniej czują. Ale warto ten problem postawić na ostrzu noża.

Istnieje bowiem niebezpieczna koncepcja, którą ilustruje powiedzenie: „Co dobre dla General Motors, to dobre dla Ameryki”! To oczywista nieprawda. W świecie ścierają się bowiem dwie „klasy”: Producentów (chcących robić możliwie szybko i byle jak i sprzedać możliwie drogo) i Konsumentów (z których większość to… producenci, ale po godzinach pracy - chcący kupić możliwie tani i dobry towar).

Kapitalizm to ustrój wyzysku Ludziów Pracy. Zarówno kapitalistów jak i robotników. Im bardziej robotnik boi się, że straci pracę, im bardziej kapitalista boi się, że zbankrutuje – tym lepiej! Ze strachu zadowalają się mniejszymi zarobkami i pracują solidniej. Wyzysk Ludziów Pracy, zwany „wyścigiem szczurów” jest tak straszny, że kapitaliści glosują zazwyczaj na Lewicę, na socjalistów. Już za śp.Ronalda Reagana ¾ Wielkiego Kapitału głosowało na Demokratów – obecnie na JE Baracka Husseina Obamę poszło ponad 80% pieniędzy Wall Street!!!

Kapitalista liczy, że rząd, czyli podatnicy, uchroni go przed konkurencją, uchroni przed upadłością (jak obecnie) za łapówkę da zamówienie rządowe… Wśród robotników jest trochę inaczej: tylko część uważa się za Ludziów Pracy – część pamięta, że po pracy są Konsumentami, żyjącymi z wyzysku innych Ludziów Pracy – i głosuje odpowiednio…

Nie pracujące gospodynie domowe powinny w szczególności głosować murem za wyzyskiem Ludziów Pracy – bo w ich interesie jest, by towary były dobre i tanie. A że chłop będzie przez osiem godzin tyrał jak dziki i potem dwie godziny musiał odpoczywać na kanapie? Niech tyra – po to Bóg stworzył mężczyznę: by tyrał dla swojej baby i dzieciaków…

Handlowcy wiedzą, że w tej walce muszą stać po stronie Konsumenta. W Jego imieniu wyzyskiwać producentów, wybierając dla nich najlepsze i najtańsze towary. Kupiec jest wyspecjalizowanym narzędziem „klasy” Konsumentów – i jeśli czytam, że producenci narzekają, że supermarkety wyciskają z nich ostatni grosz, zmuszając do obniżek – to bardzo dobrze! Skoro mimo to się tam pchają z towarami – to znaczy, że to się nadal bardzo opłaca.

I kupcy indywidualni nie powinni być gorsi. Kupiec indywidualny nie może zaszantażować producenta (ale sieć kupiecka – już tak!) - ale może bardzo starannie odrzucać towary zbyt drogie jak na swoją jakość.

I kupcy to robią.

Robią to między innymi dlatego, że Konsumentów mają na setki na co dzień, widzą ich, rozmawiają z nimi – a Ludziów Pracy, wytwarzających te towary, nie widzą. Więc w tej branży wszystko jest, chwalić Boga, jak najlepiej..

A piszę to, bo pojawiają się oznaki niepokojące. Wyjątkowo bezczelne harpie, czy np. przemysł farmaceutyczny, wysyłają swoje macki do lekarzy – oferując im łapówki w postaci luksusowych wyjazdów lub wręcz procentu – za to, by wciskali Konsumentom (pacjentom) te towary, które za właściwe dla nich uznają Ludzie Pracy. Jest to możliwe, bo w sklepie decyzję o zakupie podejmuje sam klient, bez „doradców” - w medycynie pacjent w 95% ma zaufanie do swojego lekarza – więc kupuje to, co ten mu zapisze. Firma sprzedaje sześć razy (!! -tak, to nie przesada!!) za drogie lekarstwo, lekarz ma z tego procent, państwo to toleruje, bo ma z tego dziesięć razy (progresja!!) więcej z podatków – a płaci za wszystko nieszczęsny Konsument.

Patrząc na swoich klientów pamiętajcie Państwo: pracujecie dla nich!

Janusz Korwin-Mikke

jkmjanusz@o2

2009-02-07 17:36

Co to jest „gospodarka”?

Komuniści i inni tacy przez „gospodarkę” rozumieli nieodmiennie dymiące bure kominy i tysiące robotników pod okiem inteligencji pracującej produkujących to, co sobie umyślili Kierownicy Przodującej Siły Narodu, czyli Partii. Podobnie zresztą widzą to zwolennicy kapitalizmu – nawet ci bardzo światli.

Tymczasem jest to tylko fragment gospodarki. W dodatku: bynajmniej nie najważniejszy.

O tym, jak wygada ocean, nie decydują wieloryby ani rekiny. Z całym szacunkiem dla tych stworzeń dla ekostanu oceanu tysiące razy ważniejsze są rozmaite okrzemki, wodorosty, plankton, małe rybki z wielkich mórz…

Podobnie o stanie gospodarki nie świadczy stan FSO czy „General Motors”. Czasem śmiech mnie bierze, gdy czytam, że „walczymy o uratowanie 1000 miejsc pracy w Stoczni Gdańskiej”. Tymczasem miesiąc w miesiąc stan zatrudnienia w Polsce (przy założeniu, że liczba bezrobotnych ma coś wspólnego z ludźmi chcącymi pracować – a nie mierzy tylko apetytu ludzi pragnących pobierać zasiłki…) skacze w górę lub w dół o np. 200.000…

I nikt tam z tym ani o to nie walczył. Dwieście tysięcy małych firm zwolniło lub przejęło po jednym człowieku. I to jest ważne zjawisko statystyczne. Natomiast „problem tysiąca stoczniowców” jest problemem ważnym tylko dla dziennikarzy – a kompletnie bez znaczenia dla gospodarki.

Jednak te parę milionów małych firm to jeszcze nie jest „gospodarka” to dopiero te „małe rybki”. Trzeba jeszcze zejść do poziomu planktonu.

Niesłychanie ważnym elementem gospodarki są gospodarstwa domowe. Jeśli żona jest gospodarna, to gospodarstwa te dają sobie radę…

Wszystkie stocznie i koleje mogą sobie dziś w Polsce diabli wziąć – a a dla gospodarki miałoby to znaczenie marginalne – nawet najprawdopodobniej dodatnie. Natomiast to, czy kobieta umie gotować smaczny i tani obiad w godzinę – czy potrzebuje na to dwóch godzin, a potem jeszcze godzinę po tym sprząta – jest sprawą dla gospodarki wagi zasadniczej. Bo w pracy spędzamy raptem 8 godzin dziennie…

Co więcej: dzieci nie widzą, że praca w fabryce jest źle z’organizowana – a widzą, że mama lata po kuchni bez ładu i składu. Tym samym nabierają złych nawyków, które trudno (o ile to w ogóle możliwe: „Czym skorupka za młodu nasiąknie…”) będzie potem wyplenić.

Praca kobiet jest niesłychanie ważna dla gospodarki. Jeśli mamy potwornie rozdętą biurokrację, w wyniku czego miliony kobiet ślęczeć muszą nad jakimiś bzdurnymi tabelkami, nabawiając się zmarszczek i niszcząc sobie cerę – a potem dom wygląda byle jak, bo ona już po prostu nie ma na to czasu – to z gospodarką jest coś głęboko nie w porządku. Jeśli gospodarka prowadzona jest w ten sposób, że Kowalski wyjmuje z jednej kieszeni i płaci, a otrzymane sumy wkłada do prawej kieszeni – to p.Kowalska może spokojnie zająć się dziećmi, doprowadzić dom do porządku, zrobić zakupy, przygotować posiłki – i jeszcze ma czas, by coś poczytać, internet przejrzeć… bo dzięki takim wynalazkom, jak pralka, zmywarka, kuchenka itd. gospodynie domowe mogą wygospodarować sporo czasu dla siebie.

Tyle, że tego wszystkiego nie widać w rocznikach statystycznych. Jeśli oboje Kowalscy harują poza domem, dzieci włóczą się z kluczem na szyi, a obiady jadają po knajpach – to „Rocznik Statystyczny” odnotuje, że wzrosła liczba spożytych obiadów. Jeśli p.Kowalska kupuje produkty na bazarze i gotuje z nich smaczne obiady w domu, to dzieci się cieszą – ale „Rocznik Statystyczny” odnotuje nieledwie katastrofę gospodarczą (bo nie wpłynęły podatki od pracodawcy p.Kowalskiej, od samej p.Kowalskiej - ani od restauratorów, u których jadali dotąd pp.Kowalscy).

Nie możemy jednak dopuścić, by patrzeć na gospodarkę oczami MinFina dzisiejszego państwa – a nie oczami dziecka.

Bo to przecież dla naszych dzieci toczą się koła gospodarki. Zarówno tej z burymi kominami – też ważnej, oczywiście – jak i tej prawdziwej. Domowej.

Janusz Korwin-Mikke

2008-12-30 18:13

Kołomyja, Indie i „stabilny pieniądz”

Któregoś dnia w Kołomyi wyszło na jaw, że Mojżesz Weintrub ma na koncie milion dolarów. Jakiś urzędnik wygadał się żonie, a ta rozniosła po mieście – a było to przed I Wojną Światową, gdy $1.000.000 to było tak, jak dzisiaj $80.000.000 – fortuna! Więc wieczorem szły plotki – a rano, gdy Weintraub się obudził, przed domem czekał już cały kahał. Nawet rabin się pofatygował. Gdy Weintraub otworzył drzwi, musiał odpowiedzieć na pytania, które sprowadzały się do tego: „Powiedz nam, Mosze: skąd Tobie jest ten piniądz?

- Wiecie, Żydzi, że ja zawsze wstaję o piątej rano, by kupić towaru…

- Wiemy, wiemy!

- I już o siódmej otwieram geszeft, i cała moja rodzina stoi za ladą…

- Wiemy, Mosze; wiemy!

- I uczciwie odważamy towar, nie oszukujemy klientów -

- Wiemy, wiemy!

- I odkładam grosz do grosza, nie wydaję jak inni na luksusy i rozpustę

- Wiemy, wiemy!

- I akurat tydzień temu zmarła moja ciotka w Ameryce i zostawiła mi w spadku milion dolarów!”

Takie myśli chodziły mi po głowie, gdy Żona podsunęła mi w Sieci:

http://gospodarka.gazeta.pl/Gielda/1,94782,6099933,Jak_Indie_uniknely_kryzysu.html

artykuł p.Józia Nocery pt.”Jak Indie cudownie uniknęły kryzysu”. Autor wymienia rozmaite przyczyny – a to takie regulacje bankowe, a to śmakie – a to lepszy nadzór (w Indiach 70% banków jest państwowych) – i między innymi podaje taką drobną przyczynę:

„Częściowo powodem jest kultura. Mieszkańcy Indii nie są tak oswojeni z kredytami jak Amerykanie. Wielu Hindusów, gdy ich podpytać, powie, że gdy wydaje się więcej niż się zarabia popada się w kłopoty. Amerykanie wydają więcej niż zarabiają - powiedział mi pewien hinduski konsultant.

- Oszczędności są ważne. Istnieją rodziny wielopokoleniowe. Kiedy jeden syn się wyprowadza rodzina mu pomaga. Tak więc nie pożycza się tak wiele od banku - powiedział Perekh. ”

Właśnie. Amerykanin (i Polak…) bombardowany jest reklamami banków – zapewniających, że wszystko można mieć, byle się odpowiednio zadłużyć - a młody człowiek powinien odseparować się od rodziny i brać na kredyt mieszkanie. Jest to genialny wynalazek bankierów: Bierze się $200.000 od starego Browna („złóż na rachunku, byś był zabezpieczony na starość”) oferując mu za to 5% - i pożycza młodemu Smithowi („by mógł się usamodzielnić”) na 9%; po czym bierze $200.000 od starego Smitha i pożycza młodemu Brownowi. I już ma się rocznie 4% od 400.000 – czyli $16.000.

Jak uda się pożyczyć im na 25 lat – to własnością banku stają się wszystkie pieniądze Browna i Smitha.

Nie mówię, że branie pożyczek jest czymś złym. Jeśli mamy interes, na którym możemy zarobić 25% rocznie, to nie ma co się wahać: bierzemy pożyczkę na 9% i jedziemy! Nawet, jeśli się pomylimy dwukrotnie, i będzie to 12% - to i tak jakoś się przeżyje. A może się pomylimy i będzie to 50% Kto wie?

Tu jednak mowa o kredytach na najgorszy rodzaj inwestycji, jaką jest mieszkanie. Na meble. Jest to założenie sobie pętli na szyję. Dawniej i w Polsce mawiano: „Dobry gospodarz buduje najpierw oborę, chlew i stodołę – a dopiero potem dom!”

A na co dziś biorą kredyty młodzi ludzie w miastach?

Tego problemu nie mają ludzie w krajach, w których funkcjonuje RODZINA. Indus (tylko niecałe 40% Indusów – obywateli Indyj - to Hindusi!) żyje w Rodzinie - , Rodzinie, która wie, że Adziowi można pożyczyć – a Zyziowi raczej nie należy. Rodzinie, która wie, że Adzio i Zyzio nie zostawią w razie czego rodziców i wujka bez grosza – więc starzy wolą pożyczyć pieniądze młodym, niż złożyć w bankach.

Tak więc: RODZINA – i WYCHOWANIE: „Nie wolno żyć ponad stan”. A jak są dziś wychowywani młodzi ludzie? Pożycz – i kup, kup, kup! A potem spłacaj.

Problemem w miastach jest brak DOMU. Żyjąc w DOMU rozbudowujemy go w miarę rozrostu rodziny. Dzielimy na części z osobnymi wejściami. W mieście młody człowiek w mieszkaniu nawet i 60m² nie bardzo może żyć swobodnie z rodzicami i dwojgiem rodzeństwa. Normalnie to młody człowiek mieszka u rodziców do ±27 roku życia, zarabia, oszczędza, dorabia się, za swoje kupuje mieszkanie – i żeni się z jakąś 17.stolatką. W naszym chorym świecie małżeństwo zawiera dwoje 23-latków, spłacają kredyty, za 25 lat kredyt spłacony, on ją rzuca, bo za stara – i znów co najmniej jedno mieszkanie potrzebne, na kredyt.

Indie nie uniknęły kryzysu „cudownie” - tylko normalnie. Zresztą Ameryka też by go uniknęła – gdyby rządy nie wspomagały jeszcze – właśnie tych najgorszych kredytów: na mieszkania. Co najwyżej zbankrutowałaby część banków – i została zastąpiona przez te, które nie udzielały pożyczek zbyt pochopnie. Selekcja naturalna – ale żaden kryzys. W USA 40% nowo-założonych firm plajtuje w pierwszym roku funkcjonowania. Dlaczego mielibyśmy płakać, gdy zbankrutuje Lehman Bros. I 19% banków?

Jaki to „kryzys”? To objaw zdrowia!

Inna sprawa. Na moim blogu (http://korwinmikke.blogbank.pl/) {~Bacz} spytał:

Nie rozumiem Pana niechęci do pieniądza fiducjarnego. Pieniądz ten ma tę zaletę, że rząd może dowolnie regulować jego ilość w obiegu w związku z tym może stabilizować jego cenę, co jest bardzo korzystne dla społeczeństwa. Owszem w rękach rządu nieodpowiedzialnego i bandyckiego pieniądz ten najczęściej staje się narzędziem rabunku, ale przecież nie postuluje Pan zakazu używania noży czy pistoletów tylko dlatego że mogą być użytecznym narzędziem dla bandytów”.

{~Bacz} ma, oczywiście rację: z tego, że istnieją fałszerze, nie wynika, że banknoty są czymś złym. Również pieniądz fiducjarny nie jest czymś złym: jeśli ludzie wierzą, że banknot, który przyjęli, będzie potem przyjęty przez innych za mniej-więcej tę samą wartość – to pieniądz pokrycia mieć nie musi.

Co jednak wtedy, gdy część ludzi taką wiarę straci?

Teraz zajmę się środkowym zdaniem. To, że „rząd może dowolnie regulować jego ilość w obiegu w związku z tym może stabilizować jego cenę” jest właśnie dokładnie tym, czemu chcielibyśmy zapobiegać: manipulowaniem przy pieniądzu.

Wiara w to, że rząd będzie manipulował na korzyść społeczeństwa – jest naiwna. To-ż nawet marxiści wiedzą, że istnieje „alienacja władzy” - co oznacza, że rządy po jakimś czasie zaczynają działać na korzyść swoją, a nie społeczeństwa. To zdarza się nawet w monarchiach – a w d***kracjach jest powszechne. Bo rząd tam musi (jeśli może…) manipulować pieniądzem nie po to, by było ludziom dobrze – lecz po to, by wygrać następne wybory!!!

Wreszcie sprawa ostatnia, czysto teoretyczna: co to znaczy: „stabilizować jego cenę”. Czyli co „stabilizować”?

Cenę złotówki wyrażoną w złocie? (To przyjąć monetę złotą – i fertig!) W mące? W dolarach? W miedzi? W funtach? W jajkach? W yenach?

Łódka „ustabilizowana” na falach raz byłaby metr na grzywaczami, a raz dwa metry pod… Ale tam przynajmniej można zmierzyć odległość do środka Ziemi i zdefiniować „ustabilizowanie”. Natomiast w gospodarce wszystko jest płynne.

Postulat „stabilizacji pieniądza” nie jest szkodliwy, ani błędny. Jest po prostu bezsensowny.

Janusz Korwin-Mikke

jkmjanusz@o2

2008-12-02 12:33

Dwie przesłanki – jeden wniosek

W dniu 1-XII-08 jadąc autem słuchałem w Tok FM wypowiedzi p. Wojciecha Kwaśniaka, b. Generalnego Inspektora Nadzoru Bankowego (podał się do dymisji 15-V-2007; został potem doradcą prezesa NBP). Słuchałem z przyjemnością: mówił bez nad’używania żargonu, rzeczowo – nie zawsze z Nim się zgadzałem – ale ja rzadko się z kimś we wszystkim zgadzam. Zwłaszcza z osobami powiązanymi z tym faszyzującym państwem.

Nie mam zamiaru z p.Kwaśniakiem polemizować, natomiast z tego, co On powiedział, chcę wyciągnąć wnioski, których On nie wyciągnął. Być może dlatego, że nie na ten temat była rozmowa.

Pierwsza uwaga p.Kwaśniaka, rzucona mimochodem (w celu odsunięcia sugestii, że podatnicy powinni wesprzeć system bankowy); p.Kwaśniak powiedział, że nie ma powodu, bo system ma się dobrze, a w ubiegłych latach notował olbrzymie zyski.

A druga uwaga brzmiała: zagraniczni właściciele narzucają działającym w Polsce bankom nadmierną ostrożność (w udzielaniu kredytów).
Jakie stąd można wyprowadzić wnioski – a raczej: jeden wniosek?

Ano taki, że skoro jakaś branża ma olbrzymie zyski, to znaczy, że konkurencja w tym sektorze jest za mała. Zamiast stawiania bankom zagranicznym barier we wchodzeniu na polski rynek, zamiast stawiania jeszcze większych restrykcyj dla polskich banków – należało pozwalać im mnożyć się, jak grzyby po deszczu.

To jasne, że część z nich by zbankrutowała. Ale tylko w ten sposób selekcja naturalna może wyłonić banki potrzebne ludziom – a nie banki umiejące najlepiej podlizywać się władzy.

Gdyby w Polsce działało 10-15 tysięcy banków i banczków (w USA – do niedawna - niektóre sprowadzały się do dwóch komputerów w przyczepie samochodowej…) to wielkie banki zagraniczne, które posłuchałyby swoich central w Paryżu, Berlinie, Hadze, Brukseli, Waszyngtonie i prowadziły „nadmiernie restrykcyjną politykę” zostałyby w dwa miesiące wyparte z tego rynku przez małe, drapieżne banki polskie.

Lub też zagraniczne. Dlaczego nie? Być może część bankierów, zmiecionych dwa lata temu z rynku amerykańskiego przez ustawę o bezpieczeństwie w bankowości (dziwnym trafem kryzys wybuchł właśnie po wprowadzeniu tej ustawy…) mająca doświadczenie – przeniosłaby się do Polski? Przyczepa campingowa plus polski wspólnik z drugim komputerem…

W filmie p.Juliusza Machulskiego „Vabank” Gustaw Kramer, niezbyt zresztą przyjemny jegomość, z kryminalną przeszłością – jest właścicielem banku. I tak powinno być: bank (podobnie jak wytwórnie serków topionych) powinien móc założyć każdy. Albowiem: „proof of a pudding is in eating”, „Po owocach ich poznacie je” i „Wielu jest powołanych – a mało wybranych”.

Proszę zwrócić uwagę na ten ostatni cytat: na to, byśmy mieli tych wybranych, najpierw musi być dużo powołanych. Tymczasem banki działające na polskim rynku wcale nie są „powołane”.

One już są „wybrane”.

I dlatego system stoi nieco na głowie.

Janusz Korwin-Mikke

jkmjanusz@o2.pl

2008-11-07 16:42

Kryzys i ryzyko

Miesiąc minął od mego ostatniego wpisu – a przez ten czas pojawił się (i praktycznie zniknął…) „Potworny Kryzys Finansowy”. Żadnego „kryzysu w ogóle” w ogóle nie było – o czym kilka razy wspominałem na Video-Blogu (który na szczęście jest raz w tygodniu…) - był tylko kryzys finansowy w USA spowodowany tym, że od prawie 50 lat Kongres nasilał spec-politykę dopłacania ludziom do budowy własnych domów. Bankierom dopłacano (utworzono w tym celu bratnie fundusze „Freddie Mac” i „Fannie Mae”) by udzielali kredytów także tym, którzy prawdopodobnie nie będą w stanie ich spłacać – no, i przestali spłacać.

Te banki, które ulokowały w tych funduszach pieniądze też straciły – i Biały Dom postanowił ratować je sumą $800 mld: mniej więcej tyle, ile kosztuje pół roku okupacji Iraku.
Było to o tyle usprawiedliwione, że to rząd zachęcał do takiej socjalistycznej polityki. Jednak ratowanie ofiar kryzysu finansowego spowoduje przerzucenie ciężaru na barki podatnika – co oznacza nieuniknione spowolnienie amerykańskiej gospodarki. Normalny rząd powinien był powiedzieć: „Nie trzeba było wierzyć socjalistom – nawet tym z Kongresu – bankrutujcie!” i tyle. Oznaczałoby to utratę pracy przez kilkuset prezesów i dyrektorów – oraz jakieś 15% średniej straty tych, którzy trzymali swe zasoby w tych instytucjach. Przed wyborami było to trudne…

…. i tak skutki socjalizmu zreperowano Większym Socjalizmem. I tak już chyba będzie – aż do Prawdziwego Krachu.
W Europie przez dwa dni panowała euforia: obrzydliwi kapitaliści z USA mają kłopoty (proszę zauważyć, że ci sami, którzy od 20 lat mówili, że nigdzie w świecie nie ma już kapitalizmu, nawet w USA jest socjalizm – teraz twierdzą drug w druga, że za kryzys odpowiedzialny jest kapitalizm!!!). Po dwóch dniach dniach euro-politycy połapali się, ze ich wyborcy - na tyle durni, że wierzą w „Problem Globalnego Ocieplenia” - dadzą się też oszukać, że i „Europa musi walczyć z kryzysem” - i postanowili na „walkę z kryzysem” przeznaczyć… €1800 mld.

Idea jest prosta jak budowa cepa: damy swoim bankom dotacje – a banki dadzą swoim politykom jakieś 10% porękawicznego… €180 mld to łakomy kasek dla rządzącej Wspólnotą Europejską bandy cwaniaków. Stąd potworne oburzenie polityków i niektórych bankierów na p.Józefa Ackermanna, szefa Deutsche Banku, który, niewtajemniczony (bo Szwajcar) albo uczciwy (bo Szwajcar) oświadczył, że DB żadnych pieniędzy nie potrzebuje, bo nie jest zagrożony – a gdyby był zagrożony, to On też wstydziłby się brać pieniądze podatników!!
Publicznie zbeształ Go sam min-fin RFN – i czynione są naciski, by wyrzucić tę zakałę z posady prezesa DB. Jeśli Go wywalą, to mam już kandydata ma ministra finansów III RP…

Ale to był ogólny wstęp do poważnego problemu: na czym polega „kryzys finansowy”?
Otóż jeśli przeniesiemy przystanek o 100 metrów, to firma otrzyma 100 listów z narzekaniami i pogróżkami od tych, którzy są z tego niezadowoleni – i może jeden od kogoś, kto zadowolony jest. Jeśli spróbujemy go po miesiącu przywrócić – wystąpi identyczne zjawisko.

To samo jest i w świecie finansów. Proponuje nam się wprowadzenie €uro – po to, by „uniknąć ryzyka kursowego”. Zapomina się przy tym, że gdy jeden kontrahent na, załóżmy, zwyżce kursu złotówki do €uro straci – to drugi dokładnie tyle samo zyska! Tyle, że pierwszy lamentuje – a drugi siedzi cicho. I widzimy tylko tych pierwszych…
A jeśli ktoś chce uniknąć ryzyka kursowego – to nikt chyba nie broni firmie A zawrzeć z firmą B umowy: „Dostarczamy Wam 100.000 dreblinek loco Hamburg-port w zamian za co otrzymujemy 5000 ¥enów, 5000 ¥üanów, 5000 €urosów, 5000 US$, 5000₤, 6700 PLN oraz równowartość ceny 2 kg złota próby 996 wg ceny na giełdzie we Frankfurcie z godz 12.00; wypłata nastąpi w €uro wg. kursów z dnia dostawy”.
To chyba dostatecznie zabezpiecza przed ryzykiem kursowym?

Oczywiście kursy potrafi obliczyć najgłupszy dzisiejszy komputer – a program do tego, byle w prostym języku, potrafię napisać sam w dwie godziny.
Na giełdzie występuje to samo zjawisko: jeden spekulant gra na hossę – ale drugi na bessę. Jeden wygrywa – drugi traci. Na tym polega ta gra…
Jeśli spadają ceny wszystkich akcyj, to spadają one np., w stosunku do złotówek (i zapewne w stosunku do wszystkich walut). Wtedy tracą wszyscy spekulanci (nie lubię brzydkiego słowa „inwestor”, które kojarzy mi się z PRL-em; „spekulant” - to piękne słowo!) - ale ilu ich jest w Polsce? Pół miliona?
Jeśli cena Bum-Brum-ImpExu spadła z 10 zł na 5 zł, to te pół miliona „inwestorów” straciło (pod warunkiem, że ulegną panice i sprzedadzą akcje!); jednak cała reszta Polski zyskała – bo za swoje 1000 zł mogą kupić nie 100, a 200 akcyj Bum-Brum-Imp-Ex-u!

A przecież Bum-Brum-ImpEx ma nadal maszyny, ludzi, grunty…
A jeśli ktoś kupił akcje firmy-wydmuszki lub firmy bańka-bajka – no, to sam sobie jest winien! Mógł zarobić (i w tedy by się z nami nie podzielił); to czemu mamy mu współczuć i pokrywać straty?
Janusz Korwin-Mikke
jkmjanusz@o2.pl

2008-10-01 13:34

Źródła

Zacznijmy od zaszłości. P. Marek Borowski zaatakował, jak przystało na Czerwonego, ideę prywatyzacji Służby Zdrowia:
http://borowski.blog.onet.pl/ 10-V-2008

Najpierw zgłosił tam kilka słusznych uwag formalnych pod adresem projektu PO prywatyzacji szpitali – a potem przeszedł ad rem:
(…) Po trzecie, prywatyzacja wszystkich szpitali niesie poważne zagrożenia:

A. skoro szpital ma być nastawiony na zysk, to będzie zamykał te oddziały czy przychodnie, które będą przynosiły straty.

B. jeśli właściciel uzna, że w ogóle mu się to nie opłaca, sprzeda lub zmieni przeznaczenie nieruchomości szpitalnych.

C. szpitale prywatne będą kierować pacjentów “droższych” do szpitali publicznych, które będą obowiązane ich przyjąć. W efekcie szpitale publiczne znajdą się w gorszej sytuacji.

Każdy z tych trzech punktów to przerażający nonsens!
Zacznijmy od A. Przecież o to właśnie chodzi! Jeśli szpital w Zakopanem ma nierentowny oddział diabetyczny, a szpital w Bochni nierentowny oddział ortopedii (ze specjalizacją: składanie połamanych nóg) – to powinny jak najprędzej zostać zamknięte. Jeśli coś jest nieopłacalne – to znaczy, że jest niepotrzebne. I tyle. Oznacza to po prostu, że ludzie chcą swoje pieniądze przeznaczać na coś innego. Jak rozumiem p.Borowskiemu chodzi o to, że jakaś kategoria chorych zostanie bez pomocy lekarskiej… Spokojnie, panie Marku: jedno z Praw Kapitalizmu brzmi, że jak jest potrzeba, to zawsze znajdzie się ohydny kapitalista gotów ją zaspokoić…

Teraz B. Oczywiście, że tak! Technika lekarska poczyniła przez 100 lat pewne postępy, potrzebna jest inna aparatura – i podejrzewam, że 3/4 100-letnich szpitali zostanie zamknięte i przerobione na np. hotele. Ponieważ już w tej chwili ludziom opłaca się budować nowe prywatne szpitale, to na ich miejsce wybudują szpitale takie, jakie są DZIŚ potrzebne. Przypominam, że zniknie im nieuczciwa konkurencja „bezpłatnych” szpitali reżymowych.

A punkt C to już kompletne przeoczenie: skoro p.Borowski przyjął założenie, że wszystkie szpitale zostaną sprywatyzowane, to do publicznych ani nikt nikogo nie będzie kierował, ani nie „znajdą się w gorszej sytuacji.” - bo ich po prostu nie będzie.

P.Marek Borowski nie potrafi wyobrazić sobie kraju bez publicznych szpitali. Otóż kraju bez kobiet publicznych istotnie nie ma; natomiast bez publicznych szpitali ludzkość żyła parę tysięcy lat – i nawet przyrost naturalny bywał wtedy wyższy…
ŚP.prof Fryderyk von Hayek – liberał pierwszej wody ( i laureat Nobla z ekonomii) napisał kiedyś, że „Nic tak nie wścieka ludzi, jak wykazanie im prawdziwego źródła ich poglądów”. Otóż federastów (zwolenników zfederowania Europy) najbardziej dziś wścieka, gdy się im wykazuje, że 85% czy 90% ich pomysłów (w tym praktycznie wszystkie pomysły ekonomiczne – jeśli tak można powiedzieć…) pochodzi z programu Narodowo Socjalistycznej Partii Robotniczej Niemiec – partii Adolfa Hitlera.
Piszę „jeśli tak można powiedzieć” - bo „ekonomia socjalistyczna” (ulubiony przedmiot ludzi z obozu p.Borowskiego) jest w takim samym sensie „ekonomią” jak „nauka o wyrąbywaniu lasu” jest „botaniką”. Ekonomia uczy o tym, jak działa gospodarka i jak postępują ludzie – a „ekonomia socjalistyczna” jest nauką, jak zmusić ludzi by postępowali w gospodarce tak, jak ONI chcą (niezależnie od tego, czy daje to zysk, czy nie…).
Oczywiście idee hitlerowskie w dzisiejszej Wspólnocie Europejskiej nie ograniczają się tylko do gospodarki (np. walka z paleniem papierosów to też pomysł Adolfa Hitlera!) - ale tu będę pisał wyłącznie o sprawach gospodarczych. Opieram się zresztą na zwięzłym kompendium wybitnego publicysty, p.Łukasza Adamskiego, który zadał sobie trud i podsumował je na stronie:
http://www.prawy.pl/?dz=felietony&subdz=&id=27673
Cytuję: Koncepcja wspólnoty gospodarczej pojawiała się w nazistowskiej retoryce niezwykle często. W 1942 r. na konferencji Berlińskiej Unii Przedsiębiorców i Przemysłowców ekonomiści opracowali wiele referatów o zadziwiająco współczesnych tezach: „Rozwój w kierunku europejskiej wspólnoty gospodarczej”, „Europejskie rolnictwo”, „Sprawy europejskiej waluty”. Jak pisze John Laughland w książce „Zatrute źródła Unii Europejskiej”: „Dziwne, że nawet w skądinąd szczegółowej powojennej dokumentacji nazistowskiej europropagandy o konferencji w tej sprawie nigdy nie wspomniano. Jest to zastanawiające nie tylko z uwagi na wysoki szczebel konferencji, ale również dlatego, że referaty ukazały się dwukrotnie w wydaniu książkowym. Być może stało się tak po prostu z powodu zbyt wyraźnych analogii”.

W szczególności oczkiem w głowie teoretyków hitleryzmu była wspólna waluta. Najważniejsze jednak, by nie była to waluta złota – która uniemożliwiała socjalistom (narodowym – czy nie-narodowym) dodrukowywanie pieniądza (tak, jak w obecnym kryzysie zrobic to chce to rząd… Stanów Zjednoczonych). Tu prywatna rada: jak ktoś trzyma oszczędności w dolarach, to niech raczej przejdzie na chińskie yüany…

„Nazistowscy ekonomiści chcieli za wszelką cenę zniszczyć prawo właścicieli banknotu do wymiany go na złoto. Jak pisze John Laughland: „Systemy totalitarne wszelkiej maści przedkładały centralnie sterowaną gospodarkę nad umożliwieniem ludziom i przedsiębiorcom prowadzenia wolnego handlu z towarowym środkiem płatniczym nie kontrolowanym przez żadne państwo. [...] Warner Daitz pisał, że w przyszłości złoto nie będzie odgrywało żadnej roli jako podstawa europejskich walut, ponieważ waluta nie zależy od tego, w czym ma pokrycie, ale bardziej od wartości, jakie nadaje jej państwo”. Niemcy proponowali, aby to nie kapitał, a praca była pokryciem pieniądza. Jednym z najsłynniejszych zwolenników nazistowskiej teorii monetarnej był Francis Delaisi, który już w 1925 roku nawoływał do europejskiej integracji.”

Jak widać większość hitlerowskich pomysłów jest już wprowadzona w życie. Stoimy więc przed wyborem: albo powiedzieć, że hitlerowcy byli wspaniałymi ekonomistami, których trzeba naśladować – albo uznać, że gospodarka WE, a nawet USA jest do chrzanu. Konfrontacja z gospodarkami azjatyckimi, a także obecny kryzys w USA, dają jasną odpowiedź na to pytanie.

Janusz Korwin-Mikke
jkmjanusz@o2.pl

2008-09-02 15:28

Odwrócona hipoteka

Od dłuższego czasu jako o rewelacji mówi się o systemie „odwróconej hipoteki” – i polscy publicyści biadola, np. :
http://www.wiadomosci24.pl/artykul/odwrocona_hipoteka_sposobem_na_powiekszenie_emerytury_36176.html
że ani samorządy, ani banki nie pala się do tej innowacji. Omawia to tez dobrze bankier.pl:
http://www.bankier.pl/wiadomosc/Odwrocona-hipoteka-spelni-marzenia-1732591.html

W skrócie: chodzi o prostą rzecz. Bank przejmuje nieruchomość (na ogół starszego człowieka) pozwalając mu tam mieszkać do śmierci – i wypłaca miesięcznie umówioną sumę. A po śmierci przejmuje nieruchomość. P.Andrzej Aumiller, jako minister od mieszkalnictwa chciał, by umowy takie zawierały samorządy – ale to jest rola banków, lub…
O tym za chwilę.

Do tego, by to wprowadzić, nie jest oczywiście potrzebna żadna ustawa!! Bank zawiera umowę z prywatna osobą – i tyle. Każdy notariusz potrafi taka umowę tak sformułować, że będzie ona zgodna z obecnym prawem!
Niestety: w dyskusjach o „odwróconej hipotece” jedna sprawa pozostaje niewyjaśniona…

Przeczytajmy (pod pierwszym z podanych adresów):
„(…) w świecie od dawna to się robi, tyle że jest to rola banków. – Zazwyczaj umowę mogą podpisać tylko osoby powyżej 62. roku życia – mówi Bartosz Michałek, prezes spółki Serwisy Finansowe Online z portalem eHipoteka.com . – Z kolei w Wielkiej Brytanii można to zrobić już w wieku 55 lat. Niektóre banki podpisują umowy także z młodszymi osobami. Wtedy okres wypłacania pieniędzy przez bank jest z góry ustalony”.
Otóż tu miesza się dwa zasadniczo różne systemy.

Jeśli okres wypłacania pieniędzy jest z góry określony, to mamy do czynienia ze zwykłą pożyczką pod zastaw, wypłacana na raty. Nie ma tu elementu ryzyka.
W drugim systemie bank wypłaca rentę do końca życia klienta. W tym momencie nie powinien tego w zasadzie robić bank, lecz firmy ubezpieczeniowe – które maja aktuariuszów umiejących szacować ryzyko. Jest to, oczywiście, gra hazardowa: banki wyliczają, przy jakiej miesięcznej wypłacie gra im się opłaca – i konkurują o klienta tak, jak kasyna konkurują o graczy. Jeśli klient umrze wcześnie – to bank zarobi. Jeśli będzie żył długo – bank straci. Średnio, jeśli dobrze policzył, powinien wyjść na swoje – i to z zyskiem.

Co prawda prawo polskie zabrania zakładów hazardowych gdzie stawka jest ludzkie życie (grozi przecież, że banki będą wynajmowały płatnych morderców – lub dawały łapówki
parlamentarzystom, by wprowadzili eutanazję…). Jednak niczym innym nie jest ubezpieczenie emerytalne – a prawo nie zabrania ich zawierania.
To znaczy: wręcz przeciwnie – zmusza!!

W systemie pierwszym jednak w ogóle nie jest potrzebny system „odwróconej hipoteki”. Można wziąć sobie pożyczkę hipoteczną, wpłacić ja na jakąś lokatę (dziś można uzyskać lepsze oprocentowanie, niż pożyczka hipoteczna – a przynajmniej mało stracić) i pobierać co roku np. w 12 ratach odpowiednia sumę.

W systemie drugim naprawdę powinny zająć się tym firmy ubezpieczeniowe – a banki powinny (jeśli chcą) pożyczać im na to pieniądze.
Mogą to również robić osoby prywatne!! Znany jest w literaturze przypadek zamożnego adwokata, który w wieku lat 40.stu zawarł taka umowę z 70.letnia właścicielką willi, która bardzo mu się podobała. Płacił jej więc co miesiąc sporą sumkę…
…i umarł przed nią.
Ale przecież mogła umrzeć w miesiąc po zawarciu umowy…
Kto nie ryzykuje – ten nie je!

2008-08-05 15:51

Kruk w bieliźnie

Kruk to mój ptak herbowy, a moim powinowatym jest też Kruk (ale nie z tych poznańskich…) - więc z tym większym zainteresowaniem obserwowałem (dzięki serwisowi „Gazety Wyborczej”) sprawę „wrogiego” przejęcia firmy p.Wojciecha Kruka przez „Vistulę&Wólczankę”. Nie mogłem przy tym zrozumieć jednego: po jakiego grzyba firma znająca się na męskiej bieliźnie usiłuje wdepnąć w branżę jubilerską?

A tak ówczesny zarząd V&W postąpił. Pożyczył w „Fortis Banku” 300 mln zł – by kupić 66% udziałów spółki „W.Kruk”. A co w tej sytuacji zrobił p.Wojciech Kruk?
Sprzedał swoje akcje, w porozumieniu z p.Jerzym Mazgajem („ALMA Market”) i kupili sobie po 5% akcyj V&W. Okazało się, że przy rozproszeniu akcjonariuszy W&W 10% akcyj wystarczy, by rządzić firmą. Na początek obydwaj Panowie wywalili zarząd, który przejął spółkę p.Kruka – i zaprowadzają porządki.

Powstaje tylko pytanie, czy jubiler i handlarz żywnością znają się na bieliźniarstwie?
Na początek chcą… wyemitować nowe akcje za 40 mln złotych (głównie na spłatę części długu zaciągniętego na zakup „W.Kruk”-a. Hmmm – w firmę jubilerską p.Kruka mógłbym może zainwestować – ale w firmę robiącą koszule pod wodzą jubilera? A nuż zacznie robić guziki z diamentów i obowiązkowo dodawać złote spinki?
A może to się sprzeda? Kto wie?

A teraz kilka uwag ogólnych.
Przede wszystkim: gdyby coś takiego działo się w firmie reżymowej, to pół prasy by ujadało. Ponieważ firmy są niby „prywatne” - to jest to sprawa kilkudziesięciu panów, którzy bawią się za swoje pieniądze.

A druga uwaga jest znacznie ważniejsza: te firmy tak naprawdę nie są „prywatne”. Prywatna jest firma mająca właściciela – lub kilku znających się osobiście współwłaścicieli. „Spółka akcyjna” to krok w stronę komunizmu zwanego „kapitalizmem społecznym”. Bo czym właściwie różniłaby się spółka, w której 38 mln ludzi miałoby po jednej akcji za 5 zł – od PRL-u?
Oczywiście: różniłaby się zasadniczo: każdy ze „współwłaścicieli” w każdej chwili mógłby się ze spółki wypisać sprzedając swoją akcję – podczas gdy z PRL-u ciężko było w ogóle wyjechać – a o odsprzedaniu przy tej okazji swojego udziału nie było mowy. PRL była więc nie „spółką”, a „spółdzielnią” - o dość specyficznym charakterze.
Jednak wpływ pojedynczego akcjonariusza na taką spółkę jest taki sam jak „obywatela” PRL – czyli żaden.
Widać to i na tym przykładzie (ja wiem, że prawdziwe przyczyny działania V&W są zupełnie inne – ale traktujmy rzecz formalnie). Załóżmy więc, że poprzedni zarząd V&W działał w interesie akcjonariuszów: uznał, że wartość akcyj s-ki „W.Kruk” jest zaniżona, więc zakup jest dobrym interesem. A teraz dwóch panów, posiadaczy 10% akcyj, jakoś chce to odkręcić. Tym samym działa przeciwko interesowi pozostałych 90%.

Ile zresztą znamy afer korupcyjnych w spółkach akcyjnych – a warto też wspomnieć o ich spektakularnych upadkach – jak np. „ENRON”-u.
I tu jest druga różnica: państwo nie może zbankrutować; to znaczy: może – ale jeśli to zrobi, to powstaje nowe państwo (na ogół pod tą samą lub zbliżoną nazwą, okupujące to samo terytorium) – i przejmuje z’obowiązania poprzednika… razem z poddanymi, na których przerzuca obowiązek pokrycia długów poprzednika…
To właśnie nastąpiło z PRL: zbankrutowała (jak pisał śp. Robert Towsend w „Up the organization”: „Państwa padają nie dlatego, że są złe, okrutne lub niesprawiedliwe – lecz dlatego, że bankrutują”). Część jej długów wierzyciele (w Klubach: „Paryskim” i „Londyńskim”) odpuścili, resztę przejęła III RP i je… powiększa (kolejne bankructwo już niedługo!).
Nie ukrywam: jestem zdecydowanym wrogiem spółek akcyjnych – a to dlatego, że właściciel powinien ponosić konsekwencje (również karne!) za swoje działania. Jak ich nie ponosi (a ponosić nie może: jak mogą ponosić konsekwencje karne ludzie w sporze spółek Alfa i Omega, gdy za tydzień wszyscy akcjonariusze Alfy mogą być „właścicielami” Omegi – a akcjonariusze Omegi „właścicielami” Alfy! Nie wiadomo nawet, kto był właścicielem akcji w momencie podjęcia inkryminującej decyzji. A zarząd…
…zarząd z kolei nie ponosi odpowiedzialności materialnej! Bo to nie jego – podobnie jak w PRL-u.

Możliwa jest zresztą sytuacja, że ktoś założy trzy spółki: Alfa, Beta i Gamma; spółka Alfa, wykorzystując sztucznie może tworzone wahania cen, skupuje od niego akcje Bety i Gammy, Beta akcje Alfy i Gammy, Gamma akcje Alfy oraz Bety – i po jakimś czasie na rynku powstaje Trójgłowy Potwór: trzy spółki bez żadnego właściciela!!!!
Nie ma to nic wspólnego z wolnością gospodarczą. Wolność gospodarcza winna dotyczyć ludzi – a nie spółek!!!

Wreszcie ostatnia uwaga: a jak jest z państwami? Dziś nie prowadzi się wojen, dziś przekupuje się urzędników innego państwa i dokonuje „wrogiego” (lub nie…) przejęcia!
Wyobraźmy sobie, że USA mają swoich agentów w parlamencie i aparacie Federacji Rosyjskiej; jest ich 10% i robią tam, co chcą (bo reszta parlamentarzystów jest rozproszona) – a FR ma 10% swoich w Kongresie i w Białym Domu. Jest to bardzo prawdopodobne – obstawiłbym co najmniej 1:3 zakład, że zarówno p.Michal Gorbaczow, jak i p.Wiluś Clinton są obcymi agentami -– ale potraktujmy to jako teoretyczną hipotezę i zadajmy to pytanie:
To właściwie dla kogo działałoby wtedy państwo pn.”FR” - i dla kogo działałoby państwo pn. „USA”?
A jakie siły popierają dziś p.Hilarię Clintonową – a jakie p.Baracka Obamę? Ha!?

Janusz Korwin-Mikke
jkmjanusz@o2.pl

2008-07-01 11:20

EURO 2012

Nie chce mi się szperać - tym bardziej, że język niemiecki znam w stopniu pozwalającym zrozumieć raczej uprzejme, typowe dla Niemców. słowa: “Hände hoch!”, niż skomplikowane wywody. Nie chce mi się szperać po austriackich i szwajcarskich gazetach sprzed dwóch-trzech-czterech lat - gdzie niewątpliwie znalazłbym argumenty, jakie to zyski przyniesie Euro 2008. Dziś przeglądam “Rzeczpospolitą: i czytam wprawdzie, że Wiedeń w jeden dzień (finału ME) zarobił €100 mln (czyli: w sumie gdzieś zarobiono 700 mln…) (p.Michał Kołodziejczyk) ale dalej: “… turystów japońskich, których najwyraźniej smuciło, że w Austrii rozgrywane są mistrzostwa Europy. Fan zona zorganizowana została w samym centrum miasta i uniemożliwiała zrobienie ładnego zdjęcia Hofburga. Zajmująca 100 tys m2 strefa, przez którą według oficjalnych danych przewinęło się już milion osób, nie przyniosła spodziewanych dochodów”. Otóż: kto był w Wiedniu w sezonie ten wie, że milion osób w centrum przez dwa tygodnie - to słaby wynik. Warto policzyć, ile wydaliby tam dodatkowi turyści japońscy (i inni) - którzy nie przyjechali, bo wiedzieli, że będzie Euro.

Teraz p.Paweł Wilkanowicz: (pt.:”U nas za cztery lata”) “Austriacy i Szwajcarzy (…) drogi już mieli, stadiony w większości wymagały tylko przebudowy, pozostało zawiesić drogowskazy z logo mistrzostw i można było zaczynać. Nie dla nich rozrzutność Portugalczyków, którzy budowali stadiony ponad potrzeby”. I znów dodaję: … rozrzutność Polaków, którzy nie tylko startują z gorszego poziomu, niż Portugalia, ale jeszcze i marnotrawstwo mamy większe, a pazerność urzędników i polityków, którzy będą chcieli się nakraść (bo druga taka okazji im się nie trafi!) dwa razy większa, niż w Portugalii.

W sumie liczę, że dołożymy do ME2012 ok. 8 mld zł. Na co nas, oczywiście stać - tylko po co oszukiwać ludzi? Jak już wytknąłem byłem w “AnGORZE” dziennikarze zapluwają się, by przekonać ludzi, że na ME się zarabia. Np. p.Beata Krowicka, (”DZIENNIK”), omawiając wyniki Mistrzostw Świata 2006 w Niemczech twierdzi, że “Mistrzostwa minęły, hotele wciąż pełne” - przekonując, że “Niemcy zyskały na sportowej imprezie”.

Przyjrzenie się podanym cyfrom rozwiewa jednak złudzenia. Podaje Ona np., że cena średniego pokoju w hotelu od 2005 zdrożała ze 105€ na 116€ (mnie to nie cieszy: nie jestem hotelarzem…). Nie dodaje wszakże, że nastąpiło to dlatego, że bardzo wzrosły podatki; dla hotelu, netto, wpływ z pokoju spadł… Ta podwyżka nie ma z MŚw. nic wspólnego!
Kapitalna jest informacja: “Średnie obłożenie [hoteli] jest obecnie wyższe nawet niż w roku [MŚw] i wynosi 67,5% wobec 66,6% w 2006 roku”. Gdyby p.Krowicka zamiast przepisywać bzdury chwilę pomyślała, zdałaby sobie sprawę, że to właśnie dowodzi, że obecny wzrost nie ma nic wspólnego z MŚw. To znaczy: ma, ale odwrotnie! Turyści rozumują: “Uff, w tym roku nie ma żadnych mistrzostw - można bezpiecznie przyjechać do Niemiec”.

Gwoździem tekstu jest informacja: “w całym kraju nadal rosną przychody ze sprzedaży żywności i napojów”. Czyli: albo wzrosły ceny, albo Szwaby dziś żrą i piją więcej, bo przed rokiem były MŚw.!!?!

Z kolei businessman.pl dał tekst: “Czy już po zawodach?”, upstrzony na honorowym miejscu, po prawej u góry, inseratem “Ile zarabia się na Euro?” - z którego dowiadujecie się Państwo, że “Całkowite wpływy z turnieju Euro 2004 w Portugalii wyniosły blisko 800 mln €uro i były trzykrotnie wyższe…” itd. A na następnej, po lewej u dołu, był inserat : “Ostatni gospodarz finałów, Portugalia, wydal na organizację ponad 1 mld €uro”. W tekście informacyjki w stylu: “Potrzeby są ogromne. Tylko na budowę nowych, wielkich stadionów w Warszawie, Wrocławiu i Gdańsku oraz modernizację obiektów w Krakowie, Chorzowie i Poznaniu będziemy musieli wyłożyć blisko 0,9 mld €uro” (ponad 3 mld zł). Przypominam, że w od stycznia tego roku “koszt” budowy tzw. Stadionu Narodowego w Warszawie rósł: 300 mln - 600 mln - 1 mld - a obecnie mówi się o 2 mld zł. W inseracie straszą: “Nie wykluczone, że łączna suma wydatków sięgnie 100 mld €”.

By rozkraść te pieniądze szykowana jest instytucja pn. “partnerstwo publiczno-prywatne”. Jak wiadomo największe afery są na styku publicznego z prywatnym - a tu się świadomie taki styk organizuje. Nie miejmy złudzeń, o co tu chodzi. W Londynie po wprowadzeniu takiego “partnerstwa” koszt budowy stadionu olimpijskiego poszedł w górę 7.mio (siedmio!) - krotnie - i spece od tego “partnerstwa” przyjeżdżają już do Polski, by instruować “naszych”, jak się to robi. Powstał nawet Instytut Partnerstwa Publiczno-Prywatnego!!
Ludzie jakoś łatwo zapominają, że ME 2004 były głównym powodem, dla którego Czechy i Morawy prześcignęły Portugalię w dochodzie narodowym per capita!

Nie piszę tego po to, by namawiać do cieszenia się, że być może odbiorą nam ME’12. Nie: część pieniędzy już wydano - i zostałyby one wtedy całkiem zmarnowane… Polska jest krajem znacznie większym i bogatszym od Portugalii (mówię o bogactwie prawdziwym - a nie tym znanym fiskusowi i statystykom!) więc przetrwalibyśmy te ME bez większego uszczerbku.
Ja tylko nie chcę budzenia nadziei. Wiadomo, że pismacy wynajęci przez aferzystów chcących się na ME wzbogacić, będą Państwa okłamywać ukazując miraże zysków większych niż w Iraku… Ja proszę tylko by naiwni pismacy zastanowili się chwilkę, zanim taką bzdurę powtórzą.

Janusz Korwin-Mikke
jkmjanusz@o2.pl