Blog Janusza Korwin-Mikke

Gospodarka nie dla idiotów

2009-08-04 10:20

Powtórka z zagrywki

W przed-thatcherowskich czasach w Zjednoczonym Królestwie rządzili kolejni Czerwoni doprowadzając kraj, oczywiście, do kryzysu. W samym szczycie tamtego kryzysu na ulicach Londynu i innych miast pojawiło się bardzo dużo „Rolls-Royce”ów, „Jaguarów” i innych luksusowych pojazdów…

Czerwony Rząd Jej Królewskiej Mości (tak nawiasem: JKM Elżbieta sama jest też socjalistką!) walczył bowiem z kryzysem – dotując inwestycje. Och – nie bezpośrednio: wprowadził „ulgi podatkowe dla inwestujących”. Oczywiście: w krajowe produkty, „by pomódz rodzimemu przemysłowi”. Każdy normalny człowiek zamiast zapłacić więc Czerwonym Pijawkom podatek inwestował w nowiutkiego np. „Jaguara” - i na koszt podatnika podrywał na niego tamtejsze „blachary”. Albo woził rodzinę na wczasy.

Co, oczywiście, pogłębiło kryzys… i umożliwiło lady Małgorzacie baronessie Thatcherowej obalenie Czerwonych i wyciągnięcie Królestwa z bagna, w które je wciągnęli.

Królowie – mam na myśli prawdziwych monarchów, a nie dzisiejsze marionetki – uczą się na (swoich lub cudzych) błędach, bo chodzi w końcu o ich pieniądze. L*d, rzecz jasna, niczego się nauczyć nie może, bo to pokolenie, które się czegoś może i nauczyło, zastępowane jest przez nowe… uczone w reżymowych szkołach. Czyli: uczone głównie głupot.

Dziś czytam w „Gazecie Wyborczej” ( http://tiny.pl/hh1f8 ) taki tekst:

Premii na nowe auta w USA starczyło na tydzień

Po czasach kryzysów sprzedawcy aut w USA żyją w euforii. - Przez tydzień sprzedaliśmy aż 200 aut - powiedział w ostatni piątek dealer „Chryslera”, Bill Doling, cytowany przez agencję AFP. Amerykańscy kierowcy tłumnie ruszyli do salonów koncernów motoryzacyjnych, aby skorzystać z wprowadzonych przed tygodniem premii na zakup samochodów. Kierowcy w USA mogą dostać od rządu premię do $4,5 tys. na zakup nowego auta zużywającego mało paliwa, jeśli w rozliczeniu oddadzą na złom stary, mniej ekologiczny pojazd. Premie są najbardziej opłacalne dla kierowców pozbywających się aut, które mają ponad 20 lat.

Uchwalając ten system w połowie roku, władze USA wzorowały się na premiach wprowadzonych w tym roku w Niemczech, Francji i ponad dziesięciu innych państwach UE. Na pomoc kierowcom w budżecie USA zarezerwowano miliard dolarów, który miał starczyć dla ok. 200 tys. kierowców. Ale do salonów z autami ruszył taki tłum kierowców, że całą sumę wyczerpano już po tygodniu. - Jestem szczęśliwy, że sukces programu przerósł wszelkie oczekiwania. Będziemy pracować nad kontynuacją programu, aby pieniędzy starczyło dla wszystkich zainteresowanych - zapowiedział w piątek rano polskiego czasu prezydent USA Barack Obama. Już kilka tygodni później niższa izba Kongresu postanowiła przeznaczyć kolejne dwa miliardy dolarów na premiowanie kierowców, którzy chcą zamienić paliwożerne stare auto na nowy, bardziej oszczędny model.

Różnica między tym, co zrobił w Wielkiej Brytanii śp.Harold Wilson, a tym, co robi w Stanach JE Benedykt Hussein Obama, sprowadza się do tego, że w UK te samochody kupowała jednak dość wąska grupa – a w USA d***kratycznie pozwolono na to wszystkim, zwłaszcza ludziom uboższym - bo kto jeździ 20-letnim rzęchem?

(tak nawiasem: głównym efektem Radosnej Twórczości Kongresu USA był… drastyczny wzrost cen 20-letnich rzęchów…) Różnica jest taka, jak między lasem, w którym arystokrata raz na dwa tygodnie polował – a lasem, do którego wyrusza 10.000 zwykłych szarych ludzi, by go zadeptać w poszukiwaniu jagód, grzybów i zajęcy…

Oczywiście JE Benedykt Hussein Obama mógłby odnieść o wiele większy sukces, gdyby te 3 miliardy (Co tam trzy – dziesięć! Albo dwadzieścia! ) po prostu rozrzucił z samolotów nad co większymi miastami (co zwiększyłoby znakomicie obroty producentów spirytualiów). $3.000.000.000 nie robi większej różnicy przy systemie, w którym FED dodrukował już $1.600.000.000.000. To tylko drobna kropla w Oceanie Głupoty zalewającej obecnie Stany (i większą część świata Białego Człowieka, który zamiast w Boga zaczął wierzyć w d***krację).

Gospodarka spowolni – ale przeżyje. Możliwości dzisiejszej techniki są tak ogromne, że gospodarka wytrzymałaby nawet eksperymenty bolszewików (Ze-Donga Mao i dra Pol-pota jeszcze chyba nie – ale inżynierowie pracują…). Wszelako kto powiedział, że gospodarka ma się rozwijać? Niemiecka od 15 lat się w ogóle nie rozwija – a proszę: jeszcze całkiem nieźle sobie tam (na kredyt…) żyją.

Jeśli „Rząd” JE Donalda Tuska nie będzie ratował gospodarki, to przez te pół roku nieźle podgonimy Stany. W grudniu amerykańskiego dolara będzie można najprawdopodobniej kupić z 2,20 PLN – a potem będzie spadał jeszcze szybciej.

I w końcu JE Benedykta Husseina Obamę wytarzają w smole i w pierzu. Nie – proszę się OŃ nie martwić: dostanie azyl w Wenezueli…

Nie znamy tylko nazwiska amerykańskiej lady Małgorzaty: p.Sara Palinowa?

Janusz Korwin-Mikke

2009-07-02 13:33

Niech żyją spekulanci!

Jak podaje słownik genialnego śp. Jana Stefczyka (Sterlinga) (ps.”Władysław Kopaliński”):

spekulacja (ryzykowna) transakcja handl., obliczona na (wysoki) zysk ze spodziewanych zmian w cenach, w zaopatrzeniu rynku, metodach produkcji itp.

Jeśli np. złotnicy dowiadują się w XIX wieku, że dentyści zaczynają robić koronki ze złota, to w celach spekulacyjnych zaczynają wykopywać złoto. Cena idzie w górę o np.5%. Po paru latach złoto jest już powszechnie używane – i wskutek zwiększonego popytu cena idzie w górę o, powiedzmy, 15%. Spekulanci inkasują dobrze zasłużone 10% - minus procent, minus podatek.

Zwracam uwagę, że mogli stracić: gdyby np. po roku ludzie uznali, że złote koronki w szczęce to obciach. I przestali je zamawiać.

Proszę zwrócić uwagę na niesłychanie korzystny dla gospodarki skutek działalności spekulantów: cena już idzie w górę, przygotowując rynek do nowej sytuacji. Ludzie już kupują mniej złota na bransoletki – dzięki czemu już powstaje lekka rezerwa złota – z którego za 2-3 lata będą robione koronki.

To znacznie łagodzi szok cenowy.

Otóż spekulacja jest istotą handlu. Piszę to, gdy za oknami przechodzi procesja z okazji święta Bożego Ciała. Z tej okazji okoliczne cukiernie kupiły masę lodów i innych towarów – spekulując, że będzie upał i wierni po procesji masowo rzucą się lizać lody. Co w myśl komunistycznej doktryny powinno być karane – tym bardziej, że lodziarze zazwyczaj z takiej okazji nieco podnoszą cenę lodów.

ZBRODNIA!

Gdy śp.Henryk Ford zakładał warsztat samochodowy, to spekulował, że ludzie będą chcieli  tym warczącym pudłem jeździć. A np. W.Ks.Konstanty Pawłowicz po wynalezieniu słynnego „rosyjskiego światła” władował w 1878 roku cały majątek w “Towarzystwo Elektrycznego Oświetlenia P.N. Jabłoczkow - wynalazca i Spółka”, które… splajtowało, bo akurat śp.Tomasz A.Edison wymyślił żarówkę, która była tańsza i wygodniejsza od „świec Jabłoczkowa”.

Spekulant, choć książę, nawet „Wielki” - czasem przegrywa…

Tymczasem komuniści, czy to ci z PRLu czy ci budujący UE, nienawidzą spekulacji. Dla nich to jakaś podejrzana operacja. I brutalnie ingerują. Niedawno napisałem na ten temat w “Dzienniku Polskim” pt. Wielki Brat czuwa.

Gdy w 1938 roku polskie wojska zajmowały Zaolzie, przedsiębiorczy restaurator z czeskiego Cieszyna zakupił większą liczbę trunków (bo Republika Czeska – podobnie jak dzisiaj – nakładała mniejszy haracz na alkohol!) i zaczął je serwować. Natychmiast wychwycili to polscy celnicy i pozwali go do sądu, który już po miesiącu (!) skargę oddalił – z uzasadnieniem:
„Obowiązek celny powstaje wtedy, gdy towar przechodzi przez granicę – a nie wtedy, gdy granica przechodzi przez towar”.

W 2004 III RP podpisała Traktat Akcesyjny i weszła do Wspólnoty. Już po miesiącu Komisja Europejska chciała nałożyć na III RP karę  (€139 mln!) za to, że kupcy zgromadzili zapasy grzybków marynowanych, wieprzowiny i czosnku w ilości przekraczającej więcej niż o 10% normalne obroty!!!  III RP odwołała się do Trybunału Wspólnotowego – i ostatecznie skończyło się na €12,451 miliona.

Brutalna ingerencja w wolność handlu – to jedno. Co najbardziej szokuje – to: ilu urzędników opłacamy, by ONI to wiedzieli!!!

No, to sobie tu policzmy. Policzmy prawdziwe straty. Liczba zatrudnionych urzędników (od 1988 roku ta liczba wzrosła 4,5 raza – a p.Roman Prodi, gdy był jeszcze szefem KE, twierdził, że musimy ich zatrudnić jeszcze 4 razy więcej!!!)  i ich pensje to łatwy rachunek.  Natomiast setki razy więcej kosztuje naszą gospodarkę to, że producenci i handlarze muszą sporządzać jakieś sprawozdania, wypełniać setki papierków – tracąc swój cenny czas. To jest znacznie trudniejsze do oszacowania.

Ale spekulanci dają gospodarce zyski – a walczący z nimi urzędnicy: straty.

I warto o tym pamiętać.

Janusz Korwin-Mikke

2009-06-03 9:38

Kto chce €uro?

Siedziałem sobie na Politechnice Koszalińskiej gdzie – na sali, ku memu zdumieniu, przepełnionej – odbywała się debata n/t wyborów do tzw. „Parlamentu Europejskiego”. I pierwszym pytaniem do kandydatów było: „Jaki jest Pański stosunek do wprowadzenia w Polsce €uro?”.

I rozpoczął kandydat SLD, który starannie wytłumaczył, że €uro trzeba wprowadzić, ponieważ złotówka nie jest stabilna. Bo każdy może – tłumaczył ów nieszczęsny Kandydat – podnieść albo obniżyć wartość złotówki; jak chcą spłacić jakieś zadłużenie w złotówkach w stosunku do „Rządu” polskiego, to obniżają wartość złotówki – a jak odwrotnie – to podwyższają.

Bo czym jest waluta jakiegoś maleńkiego, 40-milionowego kraiku?

Tymczasem istnieje sobie nieco większe państewko zwane Zjednoczonym Królestwem Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej – które nie przyjęło wspólnej waluty. Istnieją też dwa inne królestwa: Danii i Szwecji – które też nie wprowadziły €uro. Co więcej: nie mają najmniejszego zamiaru go wprowadzać – a w UK istnieje większość ponad 75% przeciwko wprowadzaniu €uro.

Przy czym Dania i Szwecja są krajami znacznie mniejszymi od Polski – i jakoś nikt nie robi im jakichś machlojek z ich koronami. Natomiast istotnie p.Jerzy Sörös zaatakował walutę jednego z tych państw – i zarobił na tym ładne parę miliardów. Tyle, że była to waluta znacznie większego i znacznie silniejszego gospodarczo od Polski państwa, czyli Zjednoczonego Królestwa.

I właśnie akurat w tym państwie jakoś miłość do własnej waluty jest chyba największa.

A co jeszcze ciekawsze: chyba we wszystkich państwach „starej Europy” istnieje w tej chwili większość za powrotem do walut państwowych.

To nie jest oczywiście żaden argument. W tej chwili w dawnych landach NRD istnieje ogromna tęsknota do powrotu do „komuny” - ale trudno to poważnie traktować. Jednak jak ktoś jest d***kratą…

Ja nie jestem!

Jednak piszę to nie dlatego, by wyśmiewać się z jakiegoś SLD-owca - lecz by zwrócić uwagę na to, że problem jednak istnieje. Każdą walutą można zachwiać – jeśli robić to dostatecznie energicznie i dostatecznie dużymi siłami. Jednak zarobić na tym można tylko wtedy, gdy rząd – lub bank centralny (w różnych państwach jest to różnie) – podejmą interwencję. Jeśli tego nie zrobią – to atakujący więcej na tym straci, niż zarobi!!

Może to zrobić w celach politycznych – ale po co?

No, właśnie: istnieje poważne podejrzenie, że taki atak został celowo podjęty przez kręgi finansjery amerykańskiej… przeciwko własnej walucie, przeciwko dolarowi. Chodziło o to, by przed wyborami poderwać zaufanie do polityki gospodarczej p.Jerzego W.Busha.

Co się znakomicie udało. A koszt tego ataku ma obecnie, za rządów tryumfującego p.Benedykta Husseina Obamy, zapłacić podatnik!!

W normalnych czasach nikt jednak nie atakuje obcych walut – choćby była to waluta Wielkiego skądinąd Księstwa Luksemburga (w czasach, gdy Księstwo jeszcze nie przeszło na €uro) – właśnie dlatego, że się to nie opłaca.

Walutą najbardziej stabilna jest – wydawałoby się złoto. Trudno zaatakować wartość złota – zwłaszcza, gdyby wszystkie państwa miały waluty oparte o złoto. Jednak można. Przykład dali b-cia Huntowie, którzy w latach 70.tych zaatakowali światową cenę srebra – podnosząc ją ponad dwukrotnie!!! Użyli do tego celu raptem ok. 11 miliardów dolarów – i… stracili je. Zostali wyeksmitowani z własnych domów…

Taka jest kara za nieudaną spekulację…

Janusz Korwin-Mikke

http://korwin-mikke.pl

2009-05-14 14:09

Emigranci

W ekonomii najważniejsze jest to, czego NIE widać.

Na portalu ONET.pl znalazłem następującą informację z „DZIENNIKA”:

Wg. danych Narodowego Banku Polskiego od czasu wstąpienia Polski do UE emigranci przysłali oficjalnie do Polski prawie 70 mld złotych - pisze “Dziennik”. Ekonomiści szacują, że pieniądze emigrantów stanowią nawet 1,5 proc. polskiego PKB.

Wg danych Banku Światowego pod względem rocznej wartości przysyłanych przez emigrantów pieniędzy jesteśmy na piątym miejscu na świecie - wyprzedzają nas tylko Meksyk, Chiny, Indie i Filipiny. A i tak oszacować można tylko środki przesłane oficjalnie. Jak powiedział “Dziennikowi” Krzysztof Rybiński, były prezes NBP, 70 mld to być może tylko czubek góry lodowej. “Nieoficjalnych” emigranckich oszczędności może być nawet drugie tyle.

“Dziennik” przypomina, że 70 mld zł od naszych rodaków pracujących za granicą to znacznie więcej, niż suma dopłat dla rolników, które wyniosły w mijających pięciu latach 40 mld zł od UE i 20 z budżetu państwa oraz niewiele mniej niż suma wszystkich dotacji z funduszy europejskich, które wyniosły 73,3 mld zł.

Dzięki pieniądzom emigrantów możliwy był boom na rynku nieruchomości, powstało tysiące nowych firm oraz możliwe było umocnienie polskiej waluty - zauważa “Dziennik”. I przypomina, że od 1 maja kolejne dwa kraje - Dania i Belgia - otworzyły rynek pracy dla polskich pracowników. Wielki strumień pieniędzy od emigrantów więc nie wyschnie.

A teraz włączamy (jeśli ludzie Ery Telewizji jeszcze to potrafią…) własne myślenie – i zaczynamy liczyć.
Zaczynamy od tego, że wierzchołek góry lodowej (czyli to, co wystaje z wody) to 1/7 wagi góry (a nie połowa). I dajemy temu spokój – bo mamy poważniejsze rachunki.

Najpierw zauważamy, że wszystkie dotacje z Brukseli to 1,5% PKB – czyli są w granicach połowy błędu statystycznego. Nie należy za to zapominać tu o ok. 110 mld zł, które z powodu tych dotacyj rocznie tracimy – a to w postaci czasu marnowanego na wypełnianiu wniosków, czasu i pensyj urzędników oceniających i załatwiających te wnioski, czasu traconego na staniu przed światłem, gdzie, na polecenie Brukseli zdjęto zielone strzałki – itd. Każda „dyrektywa unijna” - to setki milionów traconych na głupiego robotę.

Ale i to nie jest tu najważniejsze.

Liczymy: 3 mln emigrantów dały Polsce zysk równy 1,5% PKB – liczą efekt góry lodowej made by Christopher Rybiński: 3%.

Co oznacza, że 97% PKB wytworzyło 15 mln pracujących w Polsce (odliczyłem tych, co w pracy przeszkadzają…).

Co oznacza, że pracujący w Polsce jest (z punktu widzenia naszej gospodarki) ponad sześć razy bardziej efektywny od emigranta.

Oznacza też, że (zakładając jednakową efektywność pracy w Polsce i w Irlandii, na przykład) polscy emigranci przysłali do Polski 1/7 wartości swojej pracy – resztę wydając na siebie tam i wzbogacając gospodarki tamtych krajów.

Co oznacza też, że gdyby ci emigranci pracowali tu, a nie tam – to nasz PKB wyniósłby prawie 120% obecnego.

Oczywiście: pod warunkiem, że byłaby w Polsce dla nich praca równie efektywna jak dla pozostałych Polaków.

Na pewno jej nie było – dlatego wyemigrowali. I na pewno byłaby, gdyby podatki były niższe – i gdyby kapitaliści krajowi i zagraniczni byli pewni, że im „Rząd” nie będzie się wtrącał w prowadzenie businessu.
Co, nawiasem pisząc, dałoby pracę nie tylko emigrantom, ale i bezrobotnym Co z kolei oznaczałoby podniesienie PKB do 125% obecnego.

Co umożliwiłoby Polsce dogonienie w ciągu 6 lat RFN – bez żadnych dotacyj z Brukseli. Czy Francji – to nie wiem, bo oni mają po parę kilo złota zakopane w ogródkach… ale Niemiec: na pewno!

To wszystko przy nie zmienieniu obecnego systemu socjalistycznego i nawet nie zmienieniu systemu podatkowego!

Gdybyśmy to zrobili – dogonilibyśmy Niemcy (które mają ostatnio tempo „rozwoju”   minus 10%) w ciągu 3-4 lat.

To tyle liczenia – na razie…

Janusz Korwin-Mikke

2009-04-16 8:58

To nie sztuka zabić Kruka…

Jak Państwo wiecie – albo nie wiecie – jestem zwolennikiem prawdziwego kapitalizmu. Kapitalizm taki polega na tym, że gość, który zna się odrobinę (reszty dowie się w trakcie…) na parówkach, kupuje sobie blaszane pudełko podgrzewane od dołu czterema świeczkami, do pudełka wlewa wrzątek z ugotowanymi parówkami – i wychodzi na ulice. Jeśli pomysł chwyci, za dwa dni wynajmuje czterech ludzi do sprzedaży parówek, za dalsze dwa: szesnastu – a po pół roku jest właścicielem firmy sprzedającej w 300 miastach w Polsce parówki – zatrudniającej przy tym 5000 sprzedawców.

A jeśli pomysł nie chwyci, to pudełko odkłada na strych i kombinuje, jak tu założyć inny interes.

Istotą kapitalizmu jest wolna konkurencja – polegająca na tym, że z dwóch przedsiębiorców wygrywa ten, który lepiej zna się na przedmiocie handlu i produkcji – i zacieklej walczy o swoje.

Pamiętam, jak w młodości czytałem prace słynnego teoretyka przedsiębiorczości, śp. Harringtona Emersona, który wspominał faceta, który założył fabryczkę papierowych tutek do papierosów. Dokonał cudów. Wyrezał prawie wszystkich konkurentów, zdobywając o parę centów tańszy karton, tańsze i lepsze rurkarki, szkoląc personel. Ale jednego konkurenta nie wykosił. Poszedł odwiedzić jego zakład. Przyjrzał się – i stwierdził, że tamten ma wszystko tak idealnie z’organizowane, że lepiej już się nie da. Wrócił do siebie – i … zamknął firmę, przerzucając się na inna produkcję.

I został milionerem.

Dzisiejszy „kapitalizm” polega na tym, że wszystkim zajmują się specjaliści od dawania łapówek urzędnikom, od relacji z prasą i od pacyfikowania personelu. Na produkcji nie muszą się znać – i nawet nie muszą w życiu być w żadnej swojej fabryce.

Oczywiście z kapitalizmem nie ma to wiele wspólnego…

Piszę to, bo w sierpniu ub. roku pisałem (p/t „Kruk w bieliźnie”) o aferze z wrogim przejęciem (rok temu) jubilerskiej firmy „W.Kruk” z Poznania przez Grupę Vistula (w praktyce: „Vistula” i „Wólczanka”). Opisałem przy tym genialny manewr p.Wojciecha Kruka: gdy Vistula (na kredyt…) zakupiła akcje „W.Kruk”, p. Wojciech Kruk razem z p.Jerzym Mazgajem (specem od żywności), za otrzymane za sprzedaż swojej firmy pieniądze wykupili sporo akcji Vistuli, i… opanowali ja od środka!!

Napisałem wtedy:

„Powstaje tylko pytanie, czy jubiler i handlarz żywnością znają się na bieliźniarstwie?”

Odpowiedź oczywiście brzmi: tak samo, jak szefowie „Vistuli” ,i „Wólczanki” znają się na handlu złotem i brylantami.

Efekt tej nieoczekiwanej zmiany miejsc był żałosny – ale przewidywalny od początku. V&W nie znały się na handlu złotem – więc zaczęły nim handlować – a kierownictwo V&W przejęli ludzie nie znający się na szyciu garniturów i koszul. Dziś pp.Kruk i Mazgaj (obecnie Prezes RN „Vistuli”) mają problemy, cytuję:

Znana z garniturów i koszul Vistula Group stanęła nad finansową przepaścią, bo w okresie hossy na giełdzie chciała na kredyt szybko się rozwijać. W połowie zeszłego roku dokonała głośnego wrogiego przejęcia firmy jubilerskiej W.Kruk. Na ten cel poszło 250 mln zł kredytu z Fortis Banku. Do końca marca ten dług urósł już do 287 mln zł.

Ówczesne władze spółki wcale nie chciały iść aż w tak duży dług. Plan był taki: Vistula ogłosiła wezwanie na 66 proc. akcji W.Kruk, ale wcale nie liczyła, że kupi ich aż tyle. Przypuszczano, że papierów nie będą się pozbywać założyciele spółki, rodzina Kruków. Tymczasem Krukowie, po długim oporze przeciwko Vistuli, złożyli broń i odpowiedzieli na wezwanie. Z tego powodu już na starcie Vistula wydała więcej niż planowała.”

PP.Kruk i Mazgaj odpowiadają obecnie za kłopoty, których narobili ich wrogowie – których Oni teraz wyrzucili i zajęli ich miejsce!!

Jestem też – jak nie wszyscy wiedzą – zasadniczym wrogiem tzw. holdingów. Gdyby – jak 200 lat temu – istniały tylko prywatne firmy – ewentualnie firmy należące do spółek złożonych z kilku znających się wzajemnie facetów, jak w „Ziemi Obiecanej” - to nie byłoby problemu. Gdyby jakiś idiota-krawiec uparł się kupić firmę jubilerską to po pierwsze: jej właściciel mógłby jej po prostu nie sprzedać. Gdyby ten jednak zaciągnął pożyczkę i zaoferował cenę za wysoką, to ów jubiler by ja sprzedał, a za otrzymane pieniądze założył konkurencyjną… Po kilku miesiącach krawiec, nie znający się na jubilerstwie, by zbankrutował lub ze stratą odsprzedał interes – i po problemie.

Wiele razy pisałem, ze sytuacja, w której spółka A może kupić akcje spółki B, spółka B spółki C, a spółka C spółki A - to paranoja. Z zaciekawieniem patrzę, co teraz zrobią pp.Kruk & Mazgaj? Może wezmą miliard pożyczki i w ramach „ucieczki do przodu” kupią np. „Petrochemię”?

Tak nawiasem: Kodeks Handlowy do roku 1988 nie dopuszczał sytuacji, w której spółka może kupić własne akcje(!) lub spółka A akcje spółki B i odwrotnie. Jednak opisany przed chwilą układ z trzech spółek był możliwy – i powstaniu takiego potworka nie można było zapobiec. Praprzyczyną paranoi jest bowiem pomysł „spółek anonimowych”, w których ”właścicielstwo” stało się zupełną fikcją (a w spółkach z oo. - oderwało się od odpowiedzialności!).

Już 20 lat temu pisałem, że sytuacja w USA świadczy o tym, że Czerwoni zamordowali tam kapitalizm – co widać np. po tym, że przez 20 lat nie postała ani jedna fabryka samochodów (!!!) - a firmy zajmują się głównie połykaniem się wzajemnym. Jest to – pisałem – sytuacja chorobliwa.

Amerykanie wkroczyli w tę paranoję wcześniej – więc mają większe problemy. Dlaczego Polska mając lepszy kodeks od amerykańskiego zmieniła swój na amerykański? Bo nikt mnie nie słuchał (co pozostało do dziś…). Wtedy – widząc sukcesy XIX wiecznych Stanów Zjednoczonych - wierzono, że WSZYSTKO co amerykańskie, jest lepsze.

Otóż: nie wszystko…

Janusz Korwin-Mikke

jkmjanusz@o2.pl

2009-03-03 10:20

Dla kogo pracuje handel?

Handlowcy wszelkiej rangi na ogół to w Polsce wiedzą, a przynajmniej czują. Ale warto ten problem postawić na ostrzu noża.

Istnieje bowiem niebezpieczna koncepcja, którą ilustruje powiedzenie: „Co dobre dla General Motors, to dobre dla Ameryki”! To oczywista nieprawda. W świecie ścierają się bowiem dwie „klasy”: Producentów (chcących robić możliwie szybko i byle jak i sprzedać możliwie drogo) i Konsumentów (z których większość to… producenci, ale po godzinach pracy - chcący kupić możliwie tani i dobry towar).

Kapitalizm to ustrój wyzysku Ludziów Pracy. Zarówno kapitalistów jak i robotników. Im bardziej robotnik boi się, że straci pracę, im bardziej kapitalista boi się, że zbankrutuje – tym lepiej! Ze strachu zadowalają się mniejszymi zarobkami i pracują solidniej. Wyzysk Ludziów Pracy, zwany „wyścigiem szczurów” jest tak straszny, że kapitaliści glosują zazwyczaj na Lewicę, na socjalistów. Już za śp.Ronalda Reagana ¾ Wielkiego Kapitału głosowało na Demokratów – obecnie na JE Baracka Husseina Obamę poszło ponad 80% pieniędzy Wall Street!!!

Kapitalista liczy, że rząd, czyli podatnicy, uchroni go przed konkurencją, uchroni przed upadłością (jak obecnie) za łapówkę da zamówienie rządowe… Wśród robotników jest trochę inaczej: tylko część uważa się za Ludziów Pracy – część pamięta, że po pracy są Konsumentami, żyjącymi z wyzysku innych Ludziów Pracy – i głosuje odpowiednio…

Nie pracujące gospodynie domowe powinny w szczególności głosować murem za wyzyskiem Ludziów Pracy – bo w ich interesie jest, by towary były dobre i tanie. A że chłop będzie przez osiem godzin tyrał jak dziki i potem dwie godziny musiał odpoczywać na kanapie? Niech tyra – po to Bóg stworzył mężczyznę: by tyrał dla swojej baby i dzieciaków…

Handlowcy wiedzą, że w tej walce muszą stać po stronie Konsumenta. W Jego imieniu wyzyskiwać producentów, wybierając dla nich najlepsze i najtańsze towary. Kupiec jest wyspecjalizowanym narzędziem „klasy” Konsumentów – i jeśli czytam, że producenci narzekają, że supermarkety wyciskają z nich ostatni grosz, zmuszając do obniżek – to bardzo dobrze! Skoro mimo to się tam pchają z towarami – to znaczy, że to się nadal bardzo opłaca.

I kupcy indywidualni nie powinni być gorsi. Kupiec indywidualny nie może zaszantażować producenta (ale sieć kupiecka – już tak!) - ale może bardzo starannie odrzucać towary zbyt drogie jak na swoją jakość.

I kupcy to robią.

Robią to między innymi dlatego, że Konsumentów mają na setki na co dzień, widzą ich, rozmawiają z nimi – a Ludziów Pracy, wytwarzających te towary, nie widzą. Więc w tej branży wszystko jest, chwalić Boga, jak najlepiej..

A piszę to, bo pojawiają się oznaki niepokojące. Wyjątkowo bezczelne harpie, czy np. przemysł farmaceutyczny, wysyłają swoje macki do lekarzy – oferując im łapówki w postaci luksusowych wyjazdów lub wręcz procentu – za to, by wciskali Konsumentom (pacjentom) te towary, które za właściwe dla nich uznają Ludzie Pracy. Jest to możliwe, bo w sklepie decyzję o zakupie podejmuje sam klient, bez „doradców” - w medycynie pacjent w 95% ma zaufanie do swojego lekarza – więc kupuje to, co ten mu zapisze. Firma sprzedaje sześć razy (!! -tak, to nie przesada!!) za drogie lekarstwo, lekarz ma z tego procent, państwo to toleruje, bo ma z tego dziesięć razy (progresja!!) więcej z podatków – a płaci za wszystko nieszczęsny Konsument.

Patrząc na swoich klientów pamiętajcie Państwo: pracujecie dla nich!

Janusz Korwin-Mikke

jkmjanusz@o2

2009-02-07 17:36

Co to jest „gospodarka”?

Komuniści i inni tacy przez „gospodarkę” rozumieli nieodmiennie dymiące bure kominy i tysiące robotników pod okiem inteligencji pracującej produkujących to, co sobie umyślili Kierownicy Przodującej Siły Narodu, czyli Partii. Podobnie zresztą widzą to zwolennicy kapitalizmu – nawet ci bardzo światli.

Tymczasem jest to tylko fragment gospodarki. W dodatku: bynajmniej nie najważniejszy.

O tym, jak wygada ocean, nie decydują wieloryby ani rekiny. Z całym szacunkiem dla tych stworzeń dla ekostanu oceanu tysiące razy ważniejsze są rozmaite okrzemki, wodorosty, plankton, małe rybki z wielkich mórz…

Podobnie o stanie gospodarki nie świadczy stan FSO czy „General Motors”. Czasem śmiech mnie bierze, gdy czytam, że „walczymy o uratowanie 1000 miejsc pracy w Stoczni Gdańskiej”. Tymczasem miesiąc w miesiąc stan zatrudnienia w Polsce (przy założeniu, że liczba bezrobotnych ma coś wspólnego z ludźmi chcącymi pracować – a nie mierzy tylko apetytu ludzi pragnących pobierać zasiłki…) skacze w górę lub w dół o np. 200.000…

I nikt tam z tym ani o to nie walczył. Dwieście tysięcy małych firm zwolniło lub przejęło po jednym człowieku. I to jest ważne zjawisko statystyczne. Natomiast „problem tysiąca stoczniowców” jest problemem ważnym tylko dla dziennikarzy – a kompletnie bez znaczenia dla gospodarki.

Jednak te parę milionów małych firm to jeszcze nie jest „gospodarka” to dopiero te „małe rybki”. Trzeba jeszcze zejść do poziomu planktonu.

Niesłychanie ważnym elementem gospodarki są gospodarstwa domowe. Jeśli żona jest gospodarna, to gospodarstwa te dają sobie radę…

Wszystkie stocznie i koleje mogą sobie dziś w Polsce diabli wziąć – a a dla gospodarki miałoby to znaczenie marginalne – nawet najprawdopodobniej dodatnie. Natomiast to, czy kobieta umie gotować smaczny i tani obiad w godzinę – czy potrzebuje na to dwóch godzin, a potem jeszcze godzinę po tym sprząta – jest sprawą dla gospodarki wagi zasadniczej. Bo w pracy spędzamy raptem 8 godzin dziennie…

Co więcej: dzieci nie widzą, że praca w fabryce jest źle z’organizowana – a widzą, że mama lata po kuchni bez ładu i składu. Tym samym nabierają złych nawyków, które trudno (o ile to w ogóle możliwe: „Czym skorupka za młodu nasiąknie…”) będzie potem wyplenić.

Praca kobiet jest niesłychanie ważna dla gospodarki. Jeśli mamy potwornie rozdętą biurokrację, w wyniku czego miliony kobiet ślęczeć muszą nad jakimiś bzdurnymi tabelkami, nabawiając się zmarszczek i niszcząc sobie cerę – a potem dom wygląda byle jak, bo ona już po prostu nie ma na to czasu – to z gospodarką jest coś głęboko nie w porządku. Jeśli gospodarka prowadzona jest w ten sposób, że Kowalski wyjmuje z jednej kieszeni i płaci, a otrzymane sumy wkłada do prawej kieszeni – to p.Kowalska może spokojnie zająć się dziećmi, doprowadzić dom do porządku, zrobić zakupy, przygotować posiłki – i jeszcze ma czas, by coś poczytać, internet przejrzeć… bo dzięki takim wynalazkom, jak pralka, zmywarka, kuchenka itd. gospodynie domowe mogą wygospodarować sporo czasu dla siebie.

Tyle, że tego wszystkiego nie widać w rocznikach statystycznych. Jeśli oboje Kowalscy harują poza domem, dzieci włóczą się z kluczem na szyi, a obiady jadają po knajpach – to „Rocznik Statystyczny” odnotuje, że wzrosła liczba spożytych obiadów. Jeśli p.Kowalska kupuje produkty na bazarze i gotuje z nich smaczne obiady w domu, to dzieci się cieszą – ale „Rocznik Statystyczny” odnotuje nieledwie katastrofę gospodarczą (bo nie wpłynęły podatki od pracodawcy p.Kowalskiej, od samej p.Kowalskiej - ani od restauratorów, u których jadali dotąd pp.Kowalscy).

Nie możemy jednak dopuścić, by patrzeć na gospodarkę oczami MinFina dzisiejszego państwa – a nie oczami dziecka.

Bo to przecież dla naszych dzieci toczą się koła gospodarki. Zarówno tej z burymi kominami – też ważnej, oczywiście – jak i tej prawdziwej. Domowej.

Janusz Korwin-Mikke

2008-12-30 18:13

Kołomyja, Indie i „stabilny pieniądz”

Któregoś dnia w Kołomyi wyszło na jaw, że Mojżesz Weintrub ma na koncie milion dolarów. Jakiś urzędnik wygadał się żonie, a ta rozniosła po mieście – a było to przed I Wojną Światową, gdy $1.000.000 to było tak, jak dzisiaj $80.000.000 – fortuna! Więc wieczorem szły plotki – a rano, gdy Weintraub się obudził, przed domem czekał już cały kahał. Nawet rabin się pofatygował. Gdy Weintraub otworzył drzwi, musiał odpowiedzieć na pytania, które sprowadzały się do tego: „Powiedz nam, Mosze: skąd Tobie jest ten piniądz?

- Wiecie, Żydzi, że ja zawsze wstaję o piątej rano, by kupić towaru…

- Wiemy, wiemy!

- I już o siódmej otwieram geszeft, i cała moja rodzina stoi za ladą…

- Wiemy, Mosze; wiemy!

- I uczciwie odważamy towar, nie oszukujemy klientów -

- Wiemy, wiemy!

- I odkładam grosz do grosza, nie wydaję jak inni na luksusy i rozpustę

- Wiemy, wiemy!

- I akurat tydzień temu zmarła moja ciotka w Ameryce i zostawiła mi w spadku milion dolarów!”

Takie myśli chodziły mi po głowie, gdy Żona podsunęła mi w Sieci:

http://gospodarka.gazeta.pl/Gielda/1,94782,6099933,Jak_Indie_uniknely_kryzysu.html

artykuł p.Józia Nocery pt.”Jak Indie cudownie uniknęły kryzysu”. Autor wymienia rozmaite przyczyny – a to takie regulacje bankowe, a to śmakie – a to lepszy nadzór (w Indiach 70% banków jest państwowych) – i między innymi podaje taką drobną przyczynę:

„Częściowo powodem jest kultura. Mieszkańcy Indii nie są tak oswojeni z kredytami jak Amerykanie. Wielu Hindusów, gdy ich podpytać, powie, że gdy wydaje się więcej niż się zarabia popada się w kłopoty. Amerykanie wydają więcej niż zarabiają - powiedział mi pewien hinduski konsultant.

- Oszczędności są ważne. Istnieją rodziny wielopokoleniowe. Kiedy jeden syn się wyprowadza rodzina mu pomaga. Tak więc nie pożycza się tak wiele od banku - powiedział Perekh. ”

Właśnie. Amerykanin (i Polak…) bombardowany jest reklamami banków – zapewniających, że wszystko można mieć, byle się odpowiednio zadłużyć - a młody człowiek powinien odseparować się od rodziny i brać na kredyt mieszkanie. Jest to genialny wynalazek bankierów: Bierze się $200.000 od starego Browna („złóż na rachunku, byś był zabezpieczony na starość”) oferując mu za to 5% - i pożycza młodemu Smithowi („by mógł się usamodzielnić”) na 9%; po czym bierze $200.000 od starego Smitha i pożycza młodemu Brownowi. I już ma się rocznie 4% od 400.000 – czyli $16.000.

Jak uda się pożyczyć im na 25 lat – to własnością banku stają się wszystkie pieniądze Browna i Smitha.

Nie mówię, że branie pożyczek jest czymś złym. Jeśli mamy interes, na którym możemy zarobić 25% rocznie, to nie ma co się wahać: bierzemy pożyczkę na 9% i jedziemy! Nawet, jeśli się pomylimy dwukrotnie, i będzie to 12% - to i tak jakoś się przeżyje. A może się pomylimy i będzie to 50% Kto wie?

Tu jednak mowa o kredytach na najgorszy rodzaj inwestycji, jaką jest mieszkanie. Na meble. Jest to założenie sobie pętli na szyję. Dawniej i w Polsce mawiano: „Dobry gospodarz buduje najpierw oborę, chlew i stodołę – a dopiero potem dom!”

A na co dziś biorą kredyty młodzi ludzie w miastach?

Tego problemu nie mają ludzie w krajach, w których funkcjonuje RODZINA. Indus (tylko niecałe 40% Indusów – obywateli Indyj - to Hindusi!) żyje w Rodzinie - , Rodzinie, która wie, że Adziowi można pożyczyć – a Zyziowi raczej nie należy. Rodzinie, która wie, że Adzio i Zyzio nie zostawią w razie czego rodziców i wujka bez grosza – więc starzy wolą pożyczyć pieniądze młodym, niż złożyć w bankach.

Tak więc: RODZINA – i WYCHOWANIE: „Nie wolno żyć ponad stan”. A jak są dziś wychowywani młodzi ludzie? Pożycz – i kup, kup, kup! A potem spłacaj.

Problemem w miastach jest brak DOMU. Żyjąc w DOMU rozbudowujemy go w miarę rozrostu rodziny. Dzielimy na części z osobnymi wejściami. W mieście młody człowiek w mieszkaniu nawet i 60m² nie bardzo może żyć swobodnie z rodzicami i dwojgiem rodzeństwa. Normalnie to młody człowiek mieszka u rodziców do ±27 roku życia, zarabia, oszczędza, dorabia się, za swoje kupuje mieszkanie – i żeni się z jakąś 17.stolatką. W naszym chorym świecie małżeństwo zawiera dwoje 23-latków, spłacają kredyty, za 25 lat kredyt spłacony, on ją rzuca, bo za stara – i znów co najmniej jedno mieszkanie potrzebne, na kredyt.

Indie nie uniknęły kryzysu „cudownie” - tylko normalnie. Zresztą Ameryka też by go uniknęła – gdyby rządy nie wspomagały jeszcze – właśnie tych najgorszych kredytów: na mieszkania. Co najwyżej zbankrutowałaby część banków – i została zastąpiona przez te, które nie udzielały pożyczek zbyt pochopnie. Selekcja naturalna – ale żaden kryzys. W USA 40% nowo-założonych firm plajtuje w pierwszym roku funkcjonowania. Dlaczego mielibyśmy płakać, gdy zbankrutuje Lehman Bros. I 19% banków?

Jaki to „kryzys”? To objaw zdrowia!

Inna sprawa. Na moim blogu (http://korwinmikke.blogbank.pl/) {~Bacz} spytał:

Nie rozumiem Pana niechęci do pieniądza fiducjarnego. Pieniądz ten ma tę zaletę, że rząd może dowolnie regulować jego ilość w obiegu w związku z tym może stabilizować jego cenę, co jest bardzo korzystne dla społeczeństwa. Owszem w rękach rządu nieodpowiedzialnego i bandyckiego pieniądz ten najczęściej staje się narzędziem rabunku, ale przecież nie postuluje Pan zakazu używania noży czy pistoletów tylko dlatego że mogą być użytecznym narzędziem dla bandytów”.

{~Bacz} ma, oczywiście rację: z tego, że istnieją fałszerze, nie wynika, że banknoty są czymś złym. Również pieniądz fiducjarny nie jest czymś złym: jeśli ludzie wierzą, że banknot, który przyjęli, będzie potem przyjęty przez innych za mniej-więcej tę samą wartość – to pieniądz pokrycia mieć nie musi.

Co jednak wtedy, gdy część ludzi taką wiarę straci?

Teraz zajmę się środkowym zdaniem. To, że „rząd może dowolnie regulować jego ilość w obiegu w związku z tym może stabilizować jego cenę” jest właśnie dokładnie tym, czemu chcielibyśmy zapobiegać: manipulowaniem przy pieniądzu.

Wiara w to, że rząd będzie manipulował na korzyść społeczeństwa – jest naiwna. To-ż nawet marxiści wiedzą, że istnieje „alienacja władzy” - co oznacza, że rządy po jakimś czasie zaczynają działać na korzyść swoją, a nie społeczeństwa. To zdarza się nawet w monarchiach – a w d***kracjach jest powszechne. Bo rząd tam musi (jeśli może…) manipulować pieniądzem nie po to, by było ludziom dobrze – lecz po to, by wygrać następne wybory!!!

Wreszcie sprawa ostatnia, czysto teoretyczna: co to znaczy: „stabilizować jego cenę”. Czyli co „stabilizować”?

Cenę złotówki wyrażoną w złocie? (To przyjąć monetę złotą – i fertig!) W mące? W dolarach? W miedzi? W funtach? W jajkach? W yenach?

Łódka „ustabilizowana” na falach raz byłaby metr na grzywaczami, a raz dwa metry pod… Ale tam przynajmniej można zmierzyć odległość do środka Ziemi i zdefiniować „ustabilizowanie”. Natomiast w gospodarce wszystko jest płynne.

Postulat „stabilizacji pieniądza” nie jest szkodliwy, ani błędny. Jest po prostu bezsensowny.

Janusz Korwin-Mikke

jkmjanusz@o2

2008-12-02 12:33

Dwie przesłanki – jeden wniosek

W dniu 1-XII-08 jadąc autem słuchałem w Tok FM wypowiedzi p. Wojciecha Kwaśniaka, b. Generalnego Inspektora Nadzoru Bankowego (podał się do dymisji 15-V-2007; został potem doradcą prezesa NBP). Słuchałem z przyjemnością: mówił bez nad’używania żargonu, rzeczowo – nie zawsze z Nim się zgadzałem – ale ja rzadko się z kimś we wszystkim zgadzam. Zwłaszcza z osobami powiązanymi z tym faszyzującym państwem.

Nie mam zamiaru z p.Kwaśniakiem polemizować, natomiast z tego, co On powiedział, chcę wyciągnąć wnioski, których On nie wyciągnął. Być może dlatego, że nie na ten temat była rozmowa.

Pierwsza uwaga p.Kwaśniaka, rzucona mimochodem (w celu odsunięcia sugestii, że podatnicy powinni wesprzeć system bankowy); p.Kwaśniak powiedział, że nie ma powodu, bo system ma się dobrze, a w ubiegłych latach notował olbrzymie zyski.

A druga uwaga brzmiała: zagraniczni właściciele narzucają działającym w Polsce bankom nadmierną ostrożność (w udzielaniu kredytów).
Jakie stąd można wyprowadzić wnioski – a raczej: jeden wniosek?

Ano taki, że skoro jakaś branża ma olbrzymie zyski, to znaczy, że konkurencja w tym sektorze jest za mała. Zamiast stawiania bankom zagranicznym barier we wchodzeniu na polski rynek, zamiast stawiania jeszcze większych restrykcyj dla polskich banków – należało pozwalać im mnożyć się, jak grzyby po deszczu.

To jasne, że część z nich by zbankrutowała. Ale tylko w ten sposób selekcja naturalna może wyłonić banki potrzebne ludziom – a nie banki umiejące najlepiej podlizywać się władzy.

Gdyby w Polsce działało 10-15 tysięcy banków i banczków (w USA – do niedawna - niektóre sprowadzały się do dwóch komputerów w przyczepie samochodowej…) to wielkie banki zagraniczne, które posłuchałyby swoich central w Paryżu, Berlinie, Hadze, Brukseli, Waszyngtonie i prowadziły „nadmiernie restrykcyjną politykę” zostałyby w dwa miesiące wyparte z tego rynku przez małe, drapieżne banki polskie.

Lub też zagraniczne. Dlaczego nie? Być może część bankierów, zmiecionych dwa lata temu z rynku amerykańskiego przez ustawę o bezpieczeństwie w bankowości (dziwnym trafem kryzys wybuchł właśnie po wprowadzeniu tej ustawy…) mająca doświadczenie – przeniosłaby się do Polski? Przyczepa campingowa plus polski wspólnik z drugim komputerem…

W filmie p.Juliusza Machulskiego „Vabank” Gustaw Kramer, niezbyt zresztą przyjemny jegomość, z kryminalną przeszłością – jest właścicielem banku. I tak powinno być: bank (podobnie jak wytwórnie serków topionych) powinien móc założyć każdy. Albowiem: „proof of a pudding is in eating”, „Po owocach ich poznacie je” i „Wielu jest powołanych – a mało wybranych”.

Proszę zwrócić uwagę na ten ostatni cytat: na to, byśmy mieli tych wybranych, najpierw musi być dużo powołanych. Tymczasem banki działające na polskim rynku wcale nie są „powołane”.

One już są „wybrane”.

I dlatego system stoi nieco na głowie.

Janusz Korwin-Mikke

jkmjanusz@o2.pl

2008-11-07 16:42

Kryzys i ryzyko

Miesiąc minął od mego ostatniego wpisu – a przez ten czas pojawił się (i praktycznie zniknął…) „Potworny Kryzys Finansowy”. Żadnego „kryzysu w ogóle” w ogóle nie było – o czym kilka razy wspominałem na Video-Blogu (który na szczęście jest raz w tygodniu…) - był tylko kryzys finansowy w USA spowodowany tym, że od prawie 50 lat Kongres nasilał spec-politykę dopłacania ludziom do budowy własnych domów. Bankierom dopłacano (utworzono w tym celu bratnie fundusze „Freddie Mac” i „Fannie Mae”) by udzielali kredytów także tym, którzy prawdopodobnie nie będą w stanie ich spłacać – no, i przestali spłacać.

Te banki, które ulokowały w tych funduszach pieniądze też straciły – i Biały Dom postanowił ratować je sumą $800 mld: mniej więcej tyle, ile kosztuje pół roku okupacji Iraku.
Było to o tyle usprawiedliwione, że to rząd zachęcał do takiej socjalistycznej polityki. Jednak ratowanie ofiar kryzysu finansowego spowoduje przerzucenie ciężaru na barki podatnika – co oznacza nieuniknione spowolnienie amerykańskiej gospodarki. Normalny rząd powinien był powiedzieć: „Nie trzeba było wierzyć socjalistom – nawet tym z Kongresu – bankrutujcie!” i tyle. Oznaczałoby to utratę pracy przez kilkuset prezesów i dyrektorów – oraz jakieś 15% średniej straty tych, którzy trzymali swe zasoby w tych instytucjach. Przed wyborami było to trudne…

…. i tak skutki socjalizmu zreperowano Większym Socjalizmem. I tak już chyba będzie – aż do Prawdziwego Krachu.
W Europie przez dwa dni panowała euforia: obrzydliwi kapitaliści z USA mają kłopoty (proszę zauważyć, że ci sami, którzy od 20 lat mówili, że nigdzie w świecie nie ma już kapitalizmu, nawet w USA jest socjalizm – teraz twierdzą drug w druga, że za kryzys odpowiedzialny jest kapitalizm!!!). Po dwóch dniach dniach euro-politycy połapali się, ze ich wyborcy - na tyle durni, że wierzą w „Problem Globalnego Ocieplenia” - dadzą się też oszukać, że i „Europa musi walczyć z kryzysem” - i postanowili na „walkę z kryzysem” przeznaczyć… €1800 mld.

Idea jest prosta jak budowa cepa: damy swoim bankom dotacje – a banki dadzą swoim politykom jakieś 10% porękawicznego… €180 mld to łakomy kasek dla rządzącej Wspólnotą Europejską bandy cwaniaków. Stąd potworne oburzenie polityków i niektórych bankierów na p.Józefa Ackermanna, szefa Deutsche Banku, który, niewtajemniczony (bo Szwajcar) albo uczciwy (bo Szwajcar) oświadczył, że DB żadnych pieniędzy nie potrzebuje, bo nie jest zagrożony – a gdyby był zagrożony, to On też wstydziłby się brać pieniądze podatników!!
Publicznie zbeształ Go sam min-fin RFN – i czynione są naciski, by wyrzucić tę zakałę z posady prezesa DB. Jeśli Go wywalą, to mam już kandydata ma ministra finansów III RP…

Ale to był ogólny wstęp do poważnego problemu: na czym polega „kryzys finansowy”?
Otóż jeśli przeniesiemy przystanek o 100 metrów, to firma otrzyma 100 listów z narzekaniami i pogróżkami od tych, którzy są z tego niezadowoleni – i może jeden od kogoś, kto zadowolony jest. Jeśli spróbujemy go po miesiącu przywrócić – wystąpi identyczne zjawisko.

To samo jest i w świecie finansów. Proponuje nam się wprowadzenie €uro – po to, by „uniknąć ryzyka kursowego”. Zapomina się przy tym, że gdy jeden kontrahent na, załóżmy, zwyżce kursu złotówki do €uro straci – to drugi dokładnie tyle samo zyska! Tyle, że pierwszy lamentuje – a drugi siedzi cicho. I widzimy tylko tych pierwszych…
A jeśli ktoś chce uniknąć ryzyka kursowego – to nikt chyba nie broni firmie A zawrzeć z firmą B umowy: „Dostarczamy Wam 100.000 dreblinek loco Hamburg-port w zamian za co otrzymujemy 5000 ¥enów, 5000 ¥üanów, 5000 €urosów, 5000 US$, 5000₤, 6700 PLN oraz równowartość ceny 2 kg złota próby 996 wg ceny na giełdzie we Frankfurcie z godz 12.00; wypłata nastąpi w €uro wg. kursów z dnia dostawy”.
To chyba dostatecznie zabezpiecza przed ryzykiem kursowym?

Oczywiście kursy potrafi obliczyć najgłupszy dzisiejszy komputer – a program do tego, byle w prostym języku, potrafię napisać sam w dwie godziny.
Na giełdzie występuje to samo zjawisko: jeden spekulant gra na hossę – ale drugi na bessę. Jeden wygrywa – drugi traci. Na tym polega ta gra…
Jeśli spadają ceny wszystkich akcyj, to spadają one np., w stosunku do złotówek (i zapewne w stosunku do wszystkich walut). Wtedy tracą wszyscy spekulanci (nie lubię brzydkiego słowa „inwestor”, które kojarzy mi się z PRL-em; „spekulant” - to piękne słowo!) - ale ilu ich jest w Polsce? Pół miliona?
Jeśli cena Bum-Brum-ImpExu spadła z 10 zł na 5 zł, to te pół miliona „inwestorów” straciło (pod warunkiem, że ulegną panice i sprzedadzą akcje!); jednak cała reszta Polski zyskała – bo za swoje 1000 zł mogą kupić nie 100, a 200 akcyj Bum-Brum-Imp-Ex-u!

A przecież Bum-Brum-ImpEx ma nadal maszyny, ludzi, grunty…
A jeśli ktoś kupił akcje firmy-wydmuszki lub firmy bańka-bajka – no, to sam sobie jest winien! Mógł zarobić (i w tedy by się z nami nie podzielił); to czemu mamy mu współczuć i pokrywać straty?
Janusz Korwin-Mikke
jkmjanusz@o2.pl