Trzy korony
Jak podała Informacyjna Agencja Radiowa:
„W miejscowości Le Blanc w środkowej Francji handlowcy walczą z kryzysem przy pomocy starych franków, waluty zastąpionej przez euro. Na początku stycznia zebrali już milion franków. To równowartość 150 tysięcy euro.
Pomysł narodził się w 2007 roku i początkowo był przyjmowany z ogromnym sceptycyzmem. Handlowcy tego siedmiotysięcznego miasteczka wpadli na pomysł, aby przyjmować od klientów stare franki, które już wyszły z użycia, a które Bank Francji wciąż wymienia do 2012 roku. Przyjmowane są tylko banknoty, od 20 franków po 500 franków z Pierrem i Marią Skłodowską Curie. Reszta wydawana jest w euro.
Z jednej strony jest to nostalgiczna dla wielu Francuzów podróż w przeszłość, z drugiej, dla innych, okazja do pozbycia się banknotów waluty, która wyszła już z obiegu, ale którą wciąż odnajduje się w starych książkach, w zapomnianych torebkach czy w odziedziczonych dokumentach.
Dzięki mediom sprawa nabrała takiego rozgłosu, że do Le Blanc zaczęli przyjeżdżać turyści - klienci z Paryża oraz z okolicznych departamentów. Miejscowy handel odczuł kryzys, ale dzięki frankom i turystom nie tak boleśnie jak reszta kraju. Obroty wzrosły w ostatnich latach od 10 do 20 procent.”
Chodzi, oczywiście, o nowe franki (gdyby w Polsce wprowadzono €uro, przez czas jakiś wymienianoby jeszcze PLN, a nie stare złotówki – które zresztą jeszcze mam!) - ale mniejsza z tym. Przypadek miasteczka Le Blanc warty jest wspomnienia z kilku powodów.
Przede wszystkim: formalnie sprawa jest bez znaczenia. Skoro franki można nadal wymienić w Banque de France – to co za różnica, czy ja pójdę z nimi do sklepu – czy wymienię w banku i pójdę do sklepu z €urosami? A, okazuje się, różnica jest – psychologiczna: do banku nikomu nie chce się z tym iść – a zapłacić w sklepie – i owszem!
Dziwne – ale z faktami się nie dyskutuje. Skoro ludzie gotowi są przyjechać z Paryża do Le Blanc, w Dolinie Loary, by wydać tam swoje franki, zamiast wymienić je w Paryżu – to widocznie mają taką potrzebę. Zadaniem handlowca jest spełniać życzenia klientów.
Po drugie: jak to jest z legalnością? O ile pamiętam franki przestały być legalnym środkiem płatniczym – formalnie rzecz biorąc sklepikarze w Le Blanc naruszają prawo. Jednak nikt ich, i słusznie, nie ściga.
Wspominam o tym gdyż, po trzecie, warto zauważyć, że nie ma żadnej różnicy między wyciągnięciem franków z szuflady w biurku (ja też tam mam paręset…) i wydaniem i ich w sklepie, a wydrukowaniem sobie odpowiedniej sumy w €uro. Być może dobrobyt gminy Le Blanc bierze się wyłącznie stąd, że przyjeżdżają tam na zakupy ludzie spoza gminy – jeśli jednak przyczyną jest uruchomienie tych pieniędzy, to potwierdza to tezę śp.Miltona Friedmana: w kryzysie należy zwiększać podaż pieniądza, a nie zmniejszać. Co nie znaczy, że należy go dodrukowywać.
Przy pieniądzu kruszcowym sprawa jest prosta: w czasie kryzysu złoto drożeje, więc bardziej opłaca się je wydobywać, opłaca się wyciągnąć z kąta połamane broszki – więc podaż złota sama wzrasta. Niestety: przy pieniądzu fiducjarnym automatyzm znika.
Gmina Le Blanc w rzeczywistości nic nie zrobiła. Po wojnie w Austrii gmina – bodaj Linz, nie pamiętam – po prostu wyemitowała własne pieniądze! Podniósł się straszny raban, ale w powojennym zamieszaniu władzom gminy jakoś uszło to na sucho – gdyż skutki gospodarcze były dla gminy bardzo korzystne. Co raz jeszcze potwierdza tezę, że zamiast wprowadzać €uro lepiej byłoby pozwolić, by każde państewko UE biło swoją monetę – a nawet, by w każdym państewku kursowało kilka konkurencyjnych walut. W dobie komputerów ich przeliczanie nie byłoby żadnym problemem.
(Co prawda, gdy prawie czterdzieści lat temu, po raz pierwszy dostałem paszport na Zachód – ale tylko do kraju socjalistycznego, czyli Austrii – w żydowskim sklepiku na Mexicoplatz widziałem, jak kasjer, bez komputera, wydawał w błyskawicznym tempie resztę ze stu dolarów w szylingach, markach i rublach (!). Klient trzy razy sprawdzał z kalkulatorkiem – zgadzało się co do grosza! Ale nie każdy jest Żydem z Mexicoplatz…)
Również w Rzymie, gdy Bankowi Włoch nie chciało się drukować lirów (wchodziło ich wtedy chyba 1700 na dolara?) bo druk był nieopłacalny konsorcjum sklepikarzy wypuściło liry drukowane na… skórze! Ten pieniądz przyjmowano powszechnie – i płacono nim nawet za bilety w autobusach. Ale to nieco inny przypadek:tam nie szło o zwiększenie masy pieniądza, tylko o podaż drobnych pieniędzy.
Podsumowując: pieniadz nie powinien był limitowany i emitowany przez państwo. Powinny to robić banki prywatne (np. przedwojenny Bank Polski był prywatny!) - i nie ma powodu, by był to jeden bank-monopolista.
Dowód: jeszcze przed powstaniem Wspólnoty Europejskiej (ale BeNeLux już istniał!) Królestwo Belgii, Królestwo Holandii i W.Księstwo Luksemburg miały własne waluty. Jednak waluta jednego z tych państw przyjmowana była w obu pozostałych. I jakoś gospodarka się od tego nie zawaliła.
Otóż gdyby Dwaj Królowie i Wielki Książę postanowili abdykować i utworzyć jedno państwo BeNeLux to nic by się w ich gospodarce nie zmieniło, natomiast byłoby to państwo, w którym istnieją trzy waluty.
I, oczywiście, to jedno państwo kwitłoby dokładnie tak samo, jak przedtem trzy…
Janusz Korwin-Mikke