Kołomyja, Indie i „stabilny pieniądz”
Któregoś dnia w Kołomyi wyszło na jaw, że Mojżesz Weintrub ma na koncie milion dolarów. Jakiś urzędnik wygadał się żonie, a ta rozniosła po mieście – a było to przed I Wojną Światową, gdy $1.000.000 to było tak, jak dzisiaj $80.000.000 – fortuna! Więc wieczorem szły plotki – a rano, gdy Weintraub się obudził, przed domem czekał już cały kahał. Nawet rabin się pofatygował. Gdy Weintraub otworzył drzwi, musiał odpowiedzieć na pytania, które sprowadzały się do tego: „Powiedz nam, Mosze: skąd Tobie jest ten piniądz?
- Wiecie, Żydzi, że ja zawsze wstaję o piątej rano, by kupić towaru…
- Wiemy, wiemy!
- I już o siódmej otwieram geszeft, i cała moja rodzina stoi za ladą…
- Wiemy, Mosze; wiemy!
- I uczciwie odważamy towar, nie oszukujemy klientów -
- Wiemy, wiemy!
- I odkładam grosz do grosza, nie wydaję jak inni na luksusy i rozpustę
- Wiemy, wiemy!
- I akurat tydzień temu zmarła moja ciotka w Ameryce i zostawiła mi w spadku milion dolarów!”
Takie myśli chodziły mi po głowie, gdy Żona podsunęła mi w Sieci:
http://gospodarka.gazeta.pl/Gielda/1,94782,6099933,Jak_Indie_uniknely_kryzysu.html
artykuł p.Józia Nocery pt.”Jak Indie cudownie uniknęły kryzysu”. Autor wymienia rozmaite przyczyny – a to takie regulacje bankowe, a to śmakie – a to lepszy nadzór (w Indiach 70% banków jest państwowych) – i między innymi podaje taką drobną przyczynę:
„Częściowo powodem jest kultura. Mieszkańcy Indii nie są tak oswojeni z kredytami jak Amerykanie. Wielu Hindusów, gdy ich podpytać, powie, że gdy wydaje się więcej niż się zarabia popada się w kłopoty. Amerykanie wydają więcej niż zarabiają - powiedział mi pewien hinduski konsultant.
- Oszczędności są ważne. Istnieją rodziny wielopokoleniowe. Kiedy jeden syn się wyprowadza rodzina mu pomaga. Tak więc nie pożycza się tak wiele od banku - powiedział Perekh. ”
Właśnie. Amerykanin (i Polak…) bombardowany jest reklamami banków – zapewniających, że wszystko można mieć, byle się odpowiednio zadłużyć - a młody człowiek powinien odseparować się od rodziny i brać na kredyt mieszkanie. Jest to genialny wynalazek bankierów: Bierze się $200.000 od starego Browna („złóż na rachunku, byś był zabezpieczony na starość”) oferując mu za to 5% - i pożycza młodemu Smithowi („by mógł się usamodzielnić”) na 9%; po czym bierze $200.000 od starego Smitha i pożycza młodemu Brownowi. I już ma się rocznie 4% od 400.000 – czyli $16.000.
Jak uda się pożyczyć im na 25 lat – to własnością banku stają się wszystkie pieniądze Browna i Smitha.
Nie mówię, że branie pożyczek jest czymś złym. Jeśli mamy interes, na którym możemy zarobić 25% rocznie, to nie ma co się wahać: bierzemy pożyczkę na 9% i jedziemy! Nawet, jeśli się pomylimy dwukrotnie, i będzie to 12% - to i tak jakoś się przeżyje. A może się pomylimy i będzie to 50% Kto wie?
Tu jednak mowa o kredytach na najgorszy rodzaj inwestycji, jaką jest mieszkanie. Na meble. Jest to założenie sobie pętli na szyję. Dawniej i w Polsce mawiano: „Dobry gospodarz buduje najpierw oborę, chlew i stodołę – a dopiero potem dom!”
A na co dziś biorą kredyty młodzi ludzie w miastach?
Tego problemu nie mają ludzie w krajach, w których funkcjonuje RODZINA. Indus (tylko niecałe 40% Indusów – obywateli Indyj - to Hindusi!) żyje w Rodzinie - , Rodzinie, która wie, że Adziowi można pożyczyć – a Zyziowi raczej nie należy. Rodzinie, która wie, że Adzio i Zyzio nie zostawią w razie czego rodziców i wujka bez grosza – więc starzy wolą pożyczyć pieniądze młodym, niż złożyć w bankach.
Tak więc: RODZINA – i WYCHOWANIE: „Nie wolno żyć ponad stan”. A jak są dziś wychowywani młodzi ludzie? Pożycz – i kup, kup, kup! A potem spłacaj.
Problemem w miastach jest brak DOMU. Żyjąc w DOMU rozbudowujemy go w miarę rozrostu rodziny. Dzielimy na części z osobnymi wejściami. W mieście młody człowiek w mieszkaniu nawet i 60m² nie bardzo może żyć swobodnie z rodzicami i dwojgiem rodzeństwa. Normalnie to młody człowiek mieszka u rodziców do ±27 roku życia, zarabia, oszczędza, dorabia się, za swoje kupuje mieszkanie – i żeni się z jakąś 17.stolatką. W naszym chorym świecie małżeństwo zawiera dwoje 23-latków, spłacają kredyty, za 25 lat kredyt spłacony, on ją rzuca, bo za stara – i znów co najmniej jedno mieszkanie potrzebne, na kredyt.
Indie nie uniknęły kryzysu „cudownie” - tylko normalnie. Zresztą Ameryka też by go uniknęła – gdyby rządy nie wspomagały jeszcze – właśnie tych najgorszych kredytów: na mieszkania. Co najwyżej zbankrutowałaby część banków – i została zastąpiona przez te, które nie udzielały pożyczek zbyt pochopnie. Selekcja naturalna – ale żaden kryzys. W USA 40% nowo-założonych firm plajtuje w pierwszym roku funkcjonowania. Dlaczego mielibyśmy płakać, gdy zbankrutuje Lehman Bros. I 19% banków?
Jaki to „kryzys”? To objaw zdrowia!
Inna sprawa. Na moim blogu (http://korwinmikke.blogbank.pl/) {~Bacz} spytał:
Nie rozumiem Pana niechęci do pieniądza fiducjarnego. Pieniądz ten ma tę zaletę, że rząd może dowolnie regulować jego ilość w obiegu w związku z tym może stabilizować jego cenę, co jest bardzo korzystne dla społeczeństwa. Owszem w rękach rządu nieodpowiedzialnego i bandyckiego pieniądz ten najczęściej staje się narzędziem rabunku, ale przecież nie postuluje Pan zakazu używania noży czy pistoletów tylko dlatego że mogą być użytecznym narzędziem dla bandytów”.
{~Bacz} ma, oczywiście rację: z tego, że istnieją fałszerze, nie wynika, że banknoty są czymś złym. Również pieniądz fiducjarny nie jest czymś złym: jeśli ludzie wierzą, że banknot, który przyjęli, będzie potem przyjęty przez innych za mniej-więcej tę samą wartość – to pieniądz pokrycia mieć nie musi.
Co jednak wtedy, gdy część ludzi taką wiarę straci?
Teraz zajmę się środkowym zdaniem. To, że „rząd może dowolnie regulować jego ilość w obiegu w związku z tym może stabilizować jego cenę” jest właśnie dokładnie tym, czemu chcielibyśmy zapobiegać: manipulowaniem przy pieniądzu.
Wiara w to, że rząd będzie manipulował na korzyść społeczeństwa – jest naiwna. To-ż nawet marxiści wiedzą, że istnieje „alienacja władzy” - co oznacza, że rządy po jakimś czasie zaczynają działać na korzyść swoją, a nie społeczeństwa. To zdarza się nawet w monarchiach – a w d***kracjach jest powszechne. Bo rząd tam musi (jeśli może…) manipulować pieniądzem nie po to, by było ludziom dobrze – lecz po to, by wygrać następne wybory!!!
Wreszcie sprawa ostatnia, czysto teoretyczna: co to znaczy: „stabilizować jego cenę”. Czyli co „stabilizować”?
Cenę złotówki wyrażoną w złocie? (To przyjąć monetę złotą – i fertig!) W mące? W dolarach? W miedzi? W funtach? W jajkach? W yenach?
Łódka „ustabilizowana” na falach raz byłaby metr na grzywaczami, a raz dwa metry pod… Ale tam przynajmniej można zmierzyć odległość do środka Ziemi i zdefiniować „ustabilizowanie”. Natomiast w gospodarce wszystko jest płynne.
Postulat „stabilizacji pieniądza” nie jest szkodliwy, ani błędny. Jest po prostu bezsensowny.
Janusz Korwin-Mikke