Blog Janusza Korwin-Mikke

Gospodarka nie dla idiotów

Archiwum: grudzień 2008

2008-12-30 18:13

Kołomyja, Indie i „stabilny pieniądz”

Któregoś dnia w Kołomyi wyszło na jaw, że Mojżesz Weintrub ma na koncie milion dolarów. Jakiś urzędnik wygadał się żonie, a ta rozniosła po mieście – a było to przed I Wojną Światową, gdy $1.000.000 to było tak, jak dzisiaj $80.000.000 – fortuna! Więc wieczorem szły plotki – a rano, gdy Weintraub się obudził, przed domem czekał już cały kahał. Nawet rabin się pofatygował. Gdy Weintraub otworzył drzwi, musiał odpowiedzieć na pytania, które sprowadzały się do tego: „Powiedz nam, Mosze: skąd Tobie jest ten piniądz?

- Wiecie, Żydzi, że ja zawsze wstaję o piątej rano, by kupić towaru…

- Wiemy, wiemy!

- I już o siódmej otwieram geszeft, i cała moja rodzina stoi za ladą…

- Wiemy, Mosze; wiemy!

- I uczciwie odważamy towar, nie oszukujemy klientów -

- Wiemy, wiemy!

- I odkładam grosz do grosza, nie wydaję jak inni na luksusy i rozpustę

- Wiemy, wiemy!

- I akurat tydzień temu zmarła moja ciotka w Ameryce i zostawiła mi w spadku milion dolarów!”

Takie myśli chodziły mi po głowie, gdy Żona podsunęła mi w Sieci:

http://gospodarka.gazeta.pl/Gielda/1,94782,6099933,Jak_Indie_uniknely_kryzysu.html

artykuł p.Józia Nocery pt.”Jak Indie cudownie uniknęły kryzysu”. Autor wymienia rozmaite przyczyny – a to takie regulacje bankowe, a to śmakie – a to lepszy nadzór (w Indiach 70% banków jest państwowych) – i między innymi podaje taką drobną przyczynę:

„Częściowo powodem jest kultura. Mieszkańcy Indii nie są tak oswojeni z kredytami jak Amerykanie. Wielu Hindusów, gdy ich podpytać, powie, że gdy wydaje się więcej niż się zarabia popada się w kłopoty. Amerykanie wydają więcej niż zarabiają - powiedział mi pewien hinduski konsultant.

- Oszczędności są ważne. Istnieją rodziny wielopokoleniowe. Kiedy jeden syn się wyprowadza rodzina mu pomaga. Tak więc nie pożycza się tak wiele od banku - powiedział Perekh. ”

Właśnie. Amerykanin (i Polak…) bombardowany jest reklamami banków – zapewniających, że wszystko można mieć, byle się odpowiednio zadłużyć - a młody człowiek powinien odseparować się od rodziny i brać na kredyt mieszkanie. Jest to genialny wynalazek bankierów: Bierze się $200.000 od starego Browna („złóż na rachunku, byś był zabezpieczony na starość”) oferując mu za to 5% - i pożycza młodemu Smithowi („by mógł się usamodzielnić”) na 9%; po czym bierze $200.000 od starego Smitha i pożycza młodemu Brownowi. I już ma się rocznie 4% od 400.000 – czyli $16.000.

Jak uda się pożyczyć im na 25 lat – to własnością banku stają się wszystkie pieniądze Browna i Smitha.

Nie mówię, że branie pożyczek jest czymś złym. Jeśli mamy interes, na którym możemy zarobić 25% rocznie, to nie ma co się wahać: bierzemy pożyczkę na 9% i jedziemy! Nawet, jeśli się pomylimy dwukrotnie, i będzie to 12% - to i tak jakoś się przeżyje. A może się pomylimy i będzie to 50% Kto wie?

Tu jednak mowa o kredytach na najgorszy rodzaj inwestycji, jaką jest mieszkanie. Na meble. Jest to założenie sobie pętli na szyję. Dawniej i w Polsce mawiano: „Dobry gospodarz buduje najpierw oborę, chlew i stodołę – a dopiero potem dom!”

A na co dziś biorą kredyty młodzi ludzie w miastach?

Tego problemu nie mają ludzie w krajach, w których funkcjonuje RODZINA. Indus (tylko niecałe 40% Indusów – obywateli Indyj - to Hindusi!) żyje w Rodzinie - , Rodzinie, która wie, że Adziowi można pożyczyć – a Zyziowi raczej nie należy. Rodzinie, która wie, że Adzio i Zyzio nie zostawią w razie czego rodziców i wujka bez grosza – więc starzy wolą pożyczyć pieniądze młodym, niż złożyć w bankach.

Tak więc: RODZINA – i WYCHOWANIE: „Nie wolno żyć ponad stan”. A jak są dziś wychowywani młodzi ludzie? Pożycz – i kup, kup, kup! A potem spłacaj.

Problemem w miastach jest brak DOMU. Żyjąc w DOMU rozbudowujemy go w miarę rozrostu rodziny. Dzielimy na części z osobnymi wejściami. W mieście młody człowiek w mieszkaniu nawet i 60m² nie bardzo może żyć swobodnie z rodzicami i dwojgiem rodzeństwa. Normalnie to młody człowiek mieszka u rodziców do ±27 roku życia, zarabia, oszczędza, dorabia się, za swoje kupuje mieszkanie – i żeni się z jakąś 17.stolatką. W naszym chorym świecie małżeństwo zawiera dwoje 23-latków, spłacają kredyty, za 25 lat kredyt spłacony, on ją rzuca, bo za stara – i znów co najmniej jedno mieszkanie potrzebne, na kredyt.

Indie nie uniknęły kryzysu „cudownie” - tylko normalnie. Zresztą Ameryka też by go uniknęła – gdyby rządy nie wspomagały jeszcze – właśnie tych najgorszych kredytów: na mieszkania. Co najwyżej zbankrutowałaby część banków – i została zastąpiona przez te, które nie udzielały pożyczek zbyt pochopnie. Selekcja naturalna – ale żaden kryzys. W USA 40% nowo-założonych firm plajtuje w pierwszym roku funkcjonowania. Dlaczego mielibyśmy płakać, gdy zbankrutuje Lehman Bros. I 19% banków?

Jaki to „kryzys”? To objaw zdrowia!

Inna sprawa. Na moim blogu (http://korwinmikke.blogbank.pl/) {~Bacz} spytał:

Nie rozumiem Pana niechęci do pieniądza fiducjarnego. Pieniądz ten ma tę zaletę, że rząd może dowolnie regulować jego ilość w obiegu w związku z tym może stabilizować jego cenę, co jest bardzo korzystne dla społeczeństwa. Owszem w rękach rządu nieodpowiedzialnego i bandyckiego pieniądz ten najczęściej staje się narzędziem rabunku, ale przecież nie postuluje Pan zakazu używania noży czy pistoletów tylko dlatego że mogą być użytecznym narzędziem dla bandytów”.

{~Bacz} ma, oczywiście rację: z tego, że istnieją fałszerze, nie wynika, że banknoty są czymś złym. Również pieniądz fiducjarny nie jest czymś złym: jeśli ludzie wierzą, że banknot, który przyjęli, będzie potem przyjęty przez innych za mniej-więcej tę samą wartość – to pieniądz pokrycia mieć nie musi.

Co jednak wtedy, gdy część ludzi taką wiarę straci?

Teraz zajmę się środkowym zdaniem. To, że „rząd może dowolnie regulować jego ilość w obiegu w związku z tym może stabilizować jego cenę” jest właśnie dokładnie tym, czemu chcielibyśmy zapobiegać: manipulowaniem przy pieniądzu.

Wiara w to, że rząd będzie manipulował na korzyść społeczeństwa – jest naiwna. To-ż nawet marxiści wiedzą, że istnieje „alienacja władzy” - co oznacza, że rządy po jakimś czasie zaczynają działać na korzyść swoją, a nie społeczeństwa. To zdarza się nawet w monarchiach – a w d***kracjach jest powszechne. Bo rząd tam musi (jeśli może…) manipulować pieniądzem nie po to, by było ludziom dobrze – lecz po to, by wygrać następne wybory!!!

Wreszcie sprawa ostatnia, czysto teoretyczna: co to znaczy: „stabilizować jego cenę”. Czyli co „stabilizować”?

Cenę złotówki wyrażoną w złocie? (To przyjąć monetę złotą – i fertig!) W mące? W dolarach? W miedzi? W funtach? W jajkach? W yenach?

Łódka „ustabilizowana” na falach raz byłaby metr na grzywaczami, a raz dwa metry pod… Ale tam przynajmniej można zmierzyć odległość do środka Ziemi i zdefiniować „ustabilizowanie”. Natomiast w gospodarce wszystko jest płynne.

Postulat „stabilizacji pieniądza” nie jest szkodliwy, ani błędny. Jest po prostu bezsensowny.

Janusz Korwin-Mikke

jkmjanusz@o2


2008-12-02 12:33

Dwie przesłanki – jeden wniosek

W dniu 1-XII-08 jadąc autem słuchałem w Tok FM wypowiedzi p. Wojciecha Kwaśniaka, b. Generalnego Inspektora Nadzoru Bankowego (podał się do dymisji 15-V-2007; został potem doradcą prezesa NBP). Słuchałem z przyjemnością: mówił bez nad’używania żargonu, rzeczowo – nie zawsze z Nim się zgadzałem – ale ja rzadko się z kimś we wszystkim zgadzam. Zwłaszcza z osobami powiązanymi z tym faszyzującym państwem.

Nie mam zamiaru z p.Kwaśniakiem polemizować, natomiast z tego, co On powiedział, chcę wyciągnąć wnioski, których On nie wyciągnął. Być może dlatego, że nie na ten temat była rozmowa.

Pierwsza uwaga p.Kwaśniaka, rzucona mimochodem (w celu odsunięcia sugestii, że podatnicy powinni wesprzeć system bankowy); p.Kwaśniak powiedział, że nie ma powodu, bo system ma się dobrze, a w ubiegłych latach notował olbrzymie zyski.

A druga uwaga brzmiała: zagraniczni właściciele narzucają działającym w Polsce bankom nadmierną ostrożność (w udzielaniu kredytów).
Jakie stąd można wyprowadzić wnioski – a raczej: jeden wniosek?

Ano taki, że skoro jakaś branża ma olbrzymie zyski, to znaczy, że konkurencja w tym sektorze jest za mała. Zamiast stawiania bankom zagranicznym barier we wchodzeniu na polski rynek, zamiast stawiania jeszcze większych restrykcyj dla polskich banków – należało pozwalać im mnożyć się, jak grzyby po deszczu.

To jasne, że część z nich by zbankrutowała. Ale tylko w ten sposób selekcja naturalna może wyłonić banki potrzebne ludziom – a nie banki umiejące najlepiej podlizywać się władzy.

Gdyby w Polsce działało 10-15 tysięcy banków i banczków (w USA – do niedawna - niektóre sprowadzały się do dwóch komputerów w przyczepie samochodowej…) to wielkie banki zagraniczne, które posłuchałyby swoich central w Paryżu, Berlinie, Hadze, Brukseli, Waszyngtonie i prowadziły „nadmiernie restrykcyjną politykę” zostałyby w dwa miesiące wyparte z tego rynku przez małe, drapieżne banki polskie.

Lub też zagraniczne. Dlaczego nie? Być może część bankierów, zmiecionych dwa lata temu z rynku amerykańskiego przez ustawę o bezpieczeństwie w bankowości (dziwnym trafem kryzys wybuchł właśnie po wprowadzeniu tej ustawy…) mająca doświadczenie – przeniosłaby się do Polski? Przyczepa campingowa plus polski wspólnik z drugim komputerem…

W filmie p.Juliusza Machulskiego „Vabank” Gustaw Kramer, niezbyt zresztą przyjemny jegomość, z kryminalną przeszłością – jest właścicielem banku. I tak powinno być: bank (podobnie jak wytwórnie serków topionych) powinien móc założyć każdy. Albowiem: „proof of a pudding is in eating”, „Po owocach ich poznacie je” i „Wielu jest powołanych – a mało wybranych”.

Proszę zwrócić uwagę na ten ostatni cytat: na to, byśmy mieli tych wybranych, najpierw musi być dużo powołanych. Tymczasem banki działające na polskim rynku wcale nie są „powołane”.

One już są „wybrane”.

I dlatego system stoi nieco na głowie.

Janusz Korwin-Mikke

jkmjanusz@o2.pl