Blog Janusza Korwin-Mikke

Gospodarka nie dla idiotów

Archiwum: listopad 2008

2008-11-07 16:42

Kryzys i ryzyko

Miesiąc minął od mego ostatniego wpisu – a przez ten czas pojawił się (i praktycznie zniknął…) „Potworny Kryzys Finansowy”. Żadnego „kryzysu w ogóle” w ogóle nie było – o czym kilka razy wspominałem na Video-Blogu (który na szczęście jest raz w tygodniu…) - był tylko kryzys finansowy w USA spowodowany tym, że od prawie 50 lat Kongres nasilał spec-politykę dopłacania ludziom do budowy własnych domów. Bankierom dopłacano (utworzono w tym celu bratnie fundusze „Freddie Mac” i „Fannie Mae”) by udzielali kredytów także tym, którzy prawdopodobnie nie będą w stanie ich spłacać – no, i przestali spłacać.

Te banki, które ulokowały w tych funduszach pieniądze też straciły – i Biały Dom postanowił ratować je sumą $800 mld: mniej więcej tyle, ile kosztuje pół roku okupacji Iraku.
Było to o tyle usprawiedliwione, że to rząd zachęcał do takiej socjalistycznej polityki. Jednak ratowanie ofiar kryzysu finansowego spowoduje przerzucenie ciężaru na barki podatnika – co oznacza nieuniknione spowolnienie amerykańskiej gospodarki. Normalny rząd powinien był powiedzieć: „Nie trzeba było wierzyć socjalistom – nawet tym z Kongresu – bankrutujcie!” i tyle. Oznaczałoby to utratę pracy przez kilkuset prezesów i dyrektorów – oraz jakieś 15% średniej straty tych, którzy trzymali swe zasoby w tych instytucjach. Przed wyborami było to trudne…

…. i tak skutki socjalizmu zreperowano Większym Socjalizmem. I tak już chyba będzie – aż do Prawdziwego Krachu.
W Europie przez dwa dni panowała euforia: obrzydliwi kapitaliści z USA mają kłopoty (proszę zauważyć, że ci sami, którzy od 20 lat mówili, że nigdzie w świecie nie ma już kapitalizmu, nawet w USA jest socjalizm – teraz twierdzą drug w druga, że za kryzys odpowiedzialny jest kapitalizm!!!). Po dwóch dniach dniach euro-politycy połapali się, ze ich wyborcy - na tyle durni, że wierzą w „Problem Globalnego Ocieplenia” - dadzą się też oszukać, że i „Europa musi walczyć z kryzysem” - i postanowili na „walkę z kryzysem” przeznaczyć… €1800 mld.

Idea jest prosta jak budowa cepa: damy swoim bankom dotacje – a banki dadzą swoim politykom jakieś 10% porękawicznego… €180 mld to łakomy kasek dla rządzącej Wspólnotą Europejską bandy cwaniaków. Stąd potworne oburzenie polityków i niektórych bankierów na p.Józefa Ackermanna, szefa Deutsche Banku, który, niewtajemniczony (bo Szwajcar) albo uczciwy (bo Szwajcar) oświadczył, że DB żadnych pieniędzy nie potrzebuje, bo nie jest zagrożony – a gdyby był zagrożony, to On też wstydziłby się brać pieniądze podatników!!
Publicznie zbeształ Go sam min-fin RFN – i czynione są naciski, by wyrzucić tę zakałę z posady prezesa DB. Jeśli Go wywalą, to mam już kandydata ma ministra finansów III RP…

Ale to był ogólny wstęp do poważnego problemu: na czym polega „kryzys finansowy”?
Otóż jeśli przeniesiemy przystanek o 100 metrów, to firma otrzyma 100 listów z narzekaniami i pogróżkami od tych, którzy są z tego niezadowoleni – i może jeden od kogoś, kto zadowolony jest. Jeśli spróbujemy go po miesiącu przywrócić – wystąpi identyczne zjawisko.

To samo jest i w świecie finansów. Proponuje nam się wprowadzenie €uro – po to, by „uniknąć ryzyka kursowego”. Zapomina się przy tym, że gdy jeden kontrahent na, załóżmy, zwyżce kursu złotówki do €uro straci – to drugi dokładnie tyle samo zyska! Tyle, że pierwszy lamentuje – a drugi siedzi cicho. I widzimy tylko tych pierwszych…
A jeśli ktoś chce uniknąć ryzyka kursowego – to nikt chyba nie broni firmie A zawrzeć z firmą B umowy: „Dostarczamy Wam 100.000 dreblinek loco Hamburg-port w zamian za co otrzymujemy 5000 ¥enów, 5000 ¥üanów, 5000 €urosów, 5000 US$, 5000₤, 6700 PLN oraz równowartość ceny 2 kg złota próby 996 wg ceny na giełdzie we Frankfurcie z godz 12.00; wypłata nastąpi w €uro wg. kursów z dnia dostawy”.
To chyba dostatecznie zabezpiecza przed ryzykiem kursowym?

Oczywiście kursy potrafi obliczyć najgłupszy dzisiejszy komputer – a program do tego, byle w prostym języku, potrafię napisać sam w dwie godziny.
Na giełdzie występuje to samo zjawisko: jeden spekulant gra na hossę – ale drugi na bessę. Jeden wygrywa – drugi traci. Na tym polega ta gra…
Jeśli spadają ceny wszystkich akcyj, to spadają one np., w stosunku do złotówek (i zapewne w stosunku do wszystkich walut). Wtedy tracą wszyscy spekulanci (nie lubię brzydkiego słowa „inwestor”, które kojarzy mi się z PRL-em; „spekulant” - to piękne słowo!) - ale ilu ich jest w Polsce? Pół miliona?
Jeśli cena Bum-Brum-ImpExu spadła z 10 zł na 5 zł, to te pół miliona „inwestorów” straciło (pod warunkiem, że ulegną panice i sprzedadzą akcje!); jednak cała reszta Polski zyskała – bo za swoje 1000 zł mogą kupić nie 100, a 200 akcyj Bum-Brum-Imp-Ex-u!

A przecież Bum-Brum-ImpEx ma nadal maszyny, ludzi, grunty…
A jeśli ktoś kupił akcje firmy-wydmuszki lub firmy bańka-bajka – no, to sam sobie jest winien! Mógł zarobić (i w tedy by się z nami nie podzielił); to czemu mamy mu współczuć i pokrywać straty?
Janusz Korwin-Mikke
jkmjanusz@o2.pl