Blog Janusza Korwin-Mikke

Gospodarka nie dla idiotów

Archiwum: maj 2008

2008-05-06 8:32

Uczyć się, uczyć się i jeszcze raz: uczyć się! (Lenin)

Przeglądam (w internecie, bo na komunistyczne gazety nie daję pieniędzy) “Financial Times” - i czytam: “Ktokolwiek sądził, że gospodarka strefy euro może spokojnie iść do przodu (…) ten się rozczarował”. Otóż ja nie sądziłem, więc się nie rozczarowałem. Z reszty tekstu wynika, że “spokojny marsz do przodu” to 1,7% wzrostu rocznie, a tu grozi 1,4%.
Porównajmy: Białoruś: 3%, Rosja 8%, Chiny “Ludowe”: 10%, Chiny “Narodowe” - 13%. Malezja: 15%…
Polska połączyła się z trupem gospodarczym - i tyle.
W poprzednim artykule “FT” wyjaśnia, że eurokraci z Komisji Europejskiej nie potrafią zrozumieć, skąd biorą się podwyżki cen żywności. Rekord bije p.Marianna Fischer-Böl, tłumacząca, że wprawdzie pszenica zdrożała dwukrotnie, ale chleb nie powinien z tego powodu podrożec więcej, niż o 3% - a zdrożał o 10%. … Co ciekawe: “FT” (podobnie jak cytowani federaści) ani się zająknie o wpływie przekazania ogromnych terenów upraw na produkcje “bio-paliw”!!!
Jak i w innych komunistycznych pismach…
Mocno zdziwiło mnie, że ok. połowy PT Komentatorów zupełnie nie zrozumiała mego poprzedniego tekstu “Marnotrawstwo”. Ja przecież nie namawiałem w nim do oszczędniejszego wykorzystywania pamięci komputerowych - stwierdziłem tylko, że zjawiska marnotrawstwa występują - a są skutkiem tego, że żyjemy w świecie, w którym wszystkiego jest ZA DUŻO; jak za dużo - to się marnuje - i tyle. Również idiotyczne “bio-paliwa” mogły się urodzić w chorych euro-głowach tylko dlatego, że dzięki p.prof.Normanowi Ernestowi Borlaugowi z jednego ziarna pszenicy rodzi się kilka razy więcej ziaren, niż 50 lat temu. Gdyby zbóż brakowało, to gdyby nawet pomysł “bio-paliw” przyszedł komuś do głowy, nikt by nad nie podjął dyskusji.
Oznacza to - piszę jako cybernetyk - że wkrótce nastąpi jakaś reakcja organizmu, jakim jest system społeczno-ekonomiczny, który przywróci równowagę. Jaką drogą to nastąpi - nie wiem. Wojna światowa wydaje się najprostszym rozwiązaniem obecnego kryzysu nadmiaru - ale są i inne.
Teraz już personalnie. P.prof. Bohdan Wyżnikiewicz napisał na temat mojego teksu “Trochę statystyki..” masę bzdur (vide: http://tiny.pl/4pn6 ), których nie chce mi się prostować. Jedna tylko uwaga metodyczna: statystyk musi wnioskować na podstawie posiadanych danych. Czasem trzeba na podstawie 10 rzutów kostką zdecydować, czy zakładać, że jest fałszywa - czy uczciwa. Pewnie, że wolałoby się mieć 10.000 rzutów - ale mamy tylko 10…
A teraz przechodzę do sporu zasadniczego - bo reprezentujemy z p.Wyżnikiewiczem zupełnie odmienne postawy w stosunku do życia. Ja widzę życie takim, jakie jest - p.Wyżnikiewicz: takim, jakie widzi poprzez ogląd niektórych, wybranych gazet.
Jednak nawet w tych gazetach - mam na myśli np. “Gazetę Wyborczą” - znalazłem kiedyś na pierwszej stronie tekst entuzjastycznie potwierdzający tezę p.Wyżnikiewicza: “Bogactwo kraju leży w poziomie wykształcenia jego mieszkańców”. A na stronie bodaj 20-tej reportaż z Gdańska: dziennikarka udawała, że próbuje znaleźć pracę - i wszędzie jej mówiono: “Nie, z wyższym wykształceniem, to my nie potrzebujemy…”
Pierwsze - to socjalistyczna propaganda; drugie: to rzeczywistość.
Jest oczywiście prawdą, że absolwenci SGH zarabiają więcej, niż specjaliści od łopaty. Nie wynika to jednak z tego - i tu kłania się typowy błąd statystyczny - że studiowali na SGH, lecz z tego, że na SGH idą ludzie średnio znacznie inteligentniejsi, niż ci, którzy w wieku lat 17 decydują się na karierę łopaciarza!
Oraz z tego, że w społeczeństwie panuje przekonanie, że absolwent wyższej uczelni umie więcej, niż nie-absolwent. Jest to, co więcej, umocowane prawnie: na niektóre posady trzeba posiadać wyższe wykształcenia. Tak się składa, że są to posady wysoko płatne. Trudno się więc dziwić, że w statystykach posiadacze dyplomów mają wyższe zarobki.
Moja praktyka uczy jednak, że często prości posiadacze rozsądnie prowadzonego punktu skupu złomu mają wyższe zarobki, od ponad połowy absolwentów wyższych uczelni. Odpowiedni dowcip: “Co mówi student SGH do absolwenta SGH?” - “Dwa hot-dogi, proszę!”.
Nie ma w tym nic złego. P.Wyżnikiewicz pisze: “Badania budżetów gospodarstw domowych pokazują także, że białym kołnierzykom powodzi się lepiej niż osobom prowadzącym działalność gospodarczą na własny rachunek”. To jest zapewne prawda - i to właśnie dowodzi, że kraj jest chory. Bo w normalnym państwie jest to nienormalne. Tylko ok. 500 najwyższych urzędników zarabia powyżej - część: dużo powyżej - średniej przedsiębiorców prywatnych. Jeśli więcej zarabiają “białe kołnierzyki” - to znaczy, że państwo zachęca młodych ludzi, by w roli urzędników przeszkadzali innym - a nie: by pracowali.
Przechodzimy do sprawy zasadniczej. P.Wyżnikiewicz pisze: “Otwarcie firmy w wieku 17 lat to pewne bankructwo najdalej po pół roku, biorąc pod uwagę poziom nauczania przedmiotu „przedsiębiorczość” w polskich szkołach średnich. Kolejny raz oświadczam, że wiem o czym piszę, bowiem aktywnie uczestniczyłem w międzynarodowym projekcie badawczym w sprawie skuteczności nauczania przedsiębiorczości w szkołach średnich”. Otóż: “przedsiębiorczości” zapewne, można niektórych wyuczyć- ale daje to wynik przeciętny. “Przedsiębiorczość’ - jak umiejętność śpiewu czy żonglowania piłeczkami - jest po większej części cechą wrodzoną. A najlepiej rozwija się, gdy człowiek otwiera swój pierwszy business w wieku 13-14 lat!
Tak więc nauczyć przedsiębiorczości wszystkich nie można - a zdolny przedsiębiorca nie potrzebuje zbyt wiele nauki. To jest np. typowa tragedia polskich np. tenisistów: mamy talenty, zdobywamy złote medale w kategorii do 12 lat - i zaczynamy te talenty “szkolić”. A amerykańskie 12-latki idą grać, grać, grać i grać! I jaki jest wynik po czterech latach?
Szkoleniowcy zainkasowali trochę pieniędzy z Ministerstwa Sportu. Amerykańskie nastolatki brylują na kortach.
Na szczęście: zdarza się, że jakiś rozsądny ojciec zabierze dziecko spod opieki “szkoleniowców” - i wtedy ono ma jakąś szansę…
P.Wyżnikiwewicz ma, oczywiście, rację - acz też trochę przesadza - pisząc: “Otwarcie firmy w wieku 17 lat to pewne bankructwo najdalej po pół roku”. Otóż: w normalnym kraju 60% nowo-otwartych firm bankrutuje po roku. Firm otwartych przez 17-latków - zapewne 80%. I bardzo dobrze! Taki dzieciak ma teraz (nie w obecnej Polsce, oczywiście!) szansę otworzyć drugą, trzecią firmę - i zrobić miliony. ŚP.Andrzej Carnegie siedem razy dochodził do miliona, siedem razy bankrutował - i wreszcie umarł jako miliarder (nigdy nie chodził nawet do liceum; a Arystoteles Onassis, multimiliarder od tankowców, był analfabetą…)
To, co napisałem, jest niesłychanie ważne. p.Wyżnikiewicz mógłby równie dobrze napisać; “99% dzieci uczonych chodzić przed drugim rokiem życia, upadło na podłogę i nabiło sobie guza”. I jest to absolutna prawda. Jednak chodzić uczymy się padając - i dziecko, probujące chodzić od 10.go miesiąca, do końca życia będzie chodziło lepiej, niż dziecko do 2 roku życia trzymane w łóżeczku, by nie nabiło sobie guza! A prowadzić business uczymy się - no, może niekoniecznie “bankrutując”, ale zamykając ze stratą marny business - i, jako uzbrojeni w doświadczenie, otwierając następny!
Ta różnica miedzy mną, a p.Wyżnikiewiczem, jest niesłychanie istotna; jest podstawowa. Czy mamy mieć państwo “opiekuńcze”, w którym żyjemy, jak w domu wariatów, w pokoju wyłożonym poduszkami - czy mamy mieć państwo normalne, w którym godzimy się, że część młodych ludzi opali sobie skrzydełka - a część, być może, po bankructwie powiesi się na strychu? Trudno…
Czy godzimy się na państwo ,w którym dziecko nabiera doświadczenia (i jedno na 200 ginie) - czy na państwo-niańkę, w którym każde dziecko (i dorosły, i dorosły…) prowadzeni są za rączkę, by nie zrobili sobie kuku?
Zwracam uwagę, że w tym drugim państwie ludzie NIGDY nie nabiorą doświadczenia do normalnego życia. Bo, proszę sobie wyobrazić, poza cieplarnią jest jeszcze prawdziwe życie!
Teraz w sprawach drobniejszych - ale nie mniej ważnych. P.Wyżnikiewicz usiłuje obalić moją tezę, że „90% kobiet idzie na studia po to, by znaleźć męża”. Używa pozornie rozsądnego argumentu: “Dlaczego kobiety tłumnie nie walą na studia techniczne, wojskowe, policyjne itd.?” (gdzie mężczyzn jest dużo?). Odpowiadam: dlatego, że kobiety nie lubią strzelać, zabijać i walić po mordach - a co do studiów technicznych, to przeciętna kobieta na widok werku zegarka zaczyna rozmowę o pogodzie (9-letni chłopak zaraz go rozkręci - a co drugi skręci potem te kółka z powrotem…) Te “90%” to, być może, przesada publicystyczna - a rację ma też piszący, że zapomniałem o chłopakach idących na studia po to, by uniknąć służby wojskowej.
Jest też jeszcze kilka innych powodów, dla których na studia idzie 10 razy więcej ludzi, niż potrzeba. Jednym z najważniejszych są te przepisy - wymagające posiadania dyplomu na niektóre posady. Ale i przepisy o rentach - na przykład…
P.Wyżnikiewicz zapomina wszelako o jednym: w chwili obecnej kobiety stanowią większość absolwentów wyższych studiów. I mają na swoim koncie 1,5% opatentowanych wynalazków. Nawet tampony OB (kobiety wiedzą, o co chodzi) i boeuf á la Strogonoff wynaleźli mężczyźni.
Tak nawiasem: obydwaj bez wyższych studiów!
Janusz Korwin-Mikke
janusz@korwin-mikke.pl