Dzień Wolności Podatkowej
W sobotę obchodziliśmy Dzień Wolności Podatkowej. Nie budzi to mojego entuzjazmu - a to z tego powodu, że mam zasadnicze zastrzeżenia do sposobu liczenia podatów (po co tu zdrobnienie??) płaconych okupującemu mój piękny kraj państwu. czyli III Rzeczypospolitej.
Problemów jest tu kilka. Najprostszy polega na tym, że można liczyć podatki płacone przez producenta - i podatki płacone przez konsumenta. Ekonomiści zazwyczaj patrzą na deklaracje podatkowe - a te sporządzają ludzie pracujący. I wychodzi im, że tych podatków jest ok. 50%.
Inaczej sprawa wygląda z punktu widzenia konsumenta - a przecież ekonomiści zgadzają się, że wszystkie podatki w rzeczywistości płaci konsument - bo producent wlicza je w cenę towaru. Popatrzmy więc z punktu widzenia konsumenta.
Kupuję litr benzyny. W zależności od chwilowej łaskawości lub niełaskawości tzw.Rządu płacę ponad 60% akcyzy. Jednak to nie wszystko!
Benzyna produkowana jest w rafinerii. Budowa rafinerii musi się z’amortyzować - więc koszt amortyzacji wliczony jest w cenę benzyny. W koszcie budowy rafinerii znajdowały się zaś podatki od materiałów, od robocizny, od zysku budujących ją firm - itd.
Robocizna jest ważna. Jednak robotnicy piją często sporo wódki. Powiedzmy, że za 300 zł miesięcznie. Z podatkami - w tym 90% akcyzy. Gdyby tego podatku nie było, robotnik gotów byłby pracować za płacę o 270 zł niższą - bo za nią kupiłby dokładnie to samo, co kupuje teraz. Jeśli zarabia 2700, to 10% robocizny trzeba traktować jako podatek…
A co z resztą podatków? Benzynę na stację dowozi beczkowóz. Z’używa przy tym paliwo. Koszt pracy kierowcy. Amortyzacja cysterny. Niby grosze - ale tu grosik, tam grosik.
Ludziom często się wydaje, że gdyby, załóżmy, znieść podatek dochodowy, to towary staniałyby o 19%. Nieprawda! Zapomina się o tym, że podzespoły, surowce, półsurowce - są też podatkowane - i staniałyby po obniżce podatków!
I to tłumaczy dlaczego 150 lat temu niezbyt kwalifikowany robotnik mógł utrzymać rodzinę z niepracującą żoną i 10.rgiem dzieci - a dziś - choć postęp techniczny olbrzymi, a żona pracuje - mają kłopot z trójką!!
Poza tym powstaje problem: “Co nazywamy podatkiem”?
Jeśli Urząd wzywa mnie z Drohiczyna do stolicy, muszę spędzić pół dnia w kolejce w urzędzie, nalepić na podaniu znaczek skarbowy za 2 zł i wrócić do siebie - i jeżeli ja zeznaję, że taniej dla mnie byłoby zapłacić 500 zł i nie jechać - to znaczy, że zapłaciłem państwu podatek 500 zł. To, że państwo natychmiast te pieniądze wyrzuciło za okno, jest bez znaczenia: zapłaciłem podatek.
dawniej nazywał się on szarwarkiem - polegał właśnie na przymusowym nieodpłatnym wykonywaniu pracy na rzecz reżymu. I nikt nie miał wątpliwości, że jest to podatek. Piszę zresztą o tym obszernie w książce “Podatki - czyli rzecz o grabieży”
Można cum grabo salis oceniać, że podatek płacony za luksus “wejścia do Europy” - czyli szarwarki polegające na przebudowie parapetów w rzeźniach, zawyżaniu norm na spaliny w samochodach i kominach cementowni - to podatek wynoszący co najmniej 80 miliardów €uro rocznie. W świetle tego dyskusje, czy III RP per saldo dopłaca wspólnocie miliard, czy dostaje na czysto 3 miliardy - są po prostu śmieszne.
Dalszy problem dotyczy podstawy opodatkowania. Dawniej, gdy nie było największego idiotyzmu z dziedziny podatkowania, czyli wynalezionego przez czerwonych podatku “dochodowego”, sprawa była jasna: płacę tyle a tyle pogłównego, tyle-a-tyle od nieruchomości - i już. Zarabiam dziennie tyle-a tyle, więc dzień Wolności Podatkowej obchodzę ok 20 stycznia…
(tak nawiasem: czerwoni zniechęcają nas do feudalizmu wskazując na “przerażający ciężar”: pańszczyznę. Pańszczyzna dotyczyła jednak zazwyczaj jednego dnia w tygodniu - dziś trzech, jeśli liczymy, że podatki stanowią 50% dochodów; co wyjaśnia, dlaczego dawniej pańszczyźnianego chłopa stać było na utrzymanie dwanaściorga dzieci… )
Wyobraźmy sobie, że robię żonie półkę na książki - a mój sąsiad robi żonie buty (jest szewcem). Podatku od tego nie płacimy. Jeśli jednak żona sąsiada przyjdzie do mojego warsztatu i ja zrobię jej półkę (200 zł) , a moja żona obstaluje buty u sąsiada (200 zł), - to bilans “dwurodzinnej społeczności” jest dokładnie taki sam: wzbogaciliśmy się o półkę i o buciki. Pieniądze wróciły na miejsce - minus, tym razem, podatek. Od dochodu.
Ale w tym pierwszym przypadku dochód obydwu rodzin był dokładnie taki sam!!! Można więc w pierwszym przypadku sensownie twierdzić, że obie rodziny zapłaciły podatek dochodowy - i otrzymały dokładnie takiej wysokości “Ulgę pro-rodzinną”!!!
Co zresztą sokolim okiem dojrzały władze skarbowe - i usiłują już podatkować jako dochód… otrzymywane na imieniny prezenty!
I jest to konsekwentne i słuszne. Oraz absurdalne. Jeśli zaś logicznym rozumowaniem dochodzi się do absurdalnych konsekwencji, to znaczy, że absurdalna była przesłanka. Absurdem jest oczywiście podatek dochodowy.
Dochód rodzin liczony w rocznikach statystycznych nie ma więc nic wspólnego z realnym dochodem rodzin. Dlatego właśnie obliczenia, ile wynosi podatek w stosunku do dochodu są bez sensu.
Czy zupełnie?
Weźmy przykład. Spróbujmy zmierzyć długość wybrzeża Polski. Jak je mierzymy?
Cóż: bierzemy miarkę o długości np. 10 km, przykładamy przy przejściu granicznym w Świnoujściu - i dochodzimy do granicy rosyjskiej za Fromborkiem. Otrzymujemy jakieś 400 km.
Jeśli weźmiemy miarkę o długości 1 km - “długość wybrzeża” wzrośnie do 420 km. Gdy skrócimy ją do 50 m nastąpi raptowny skok do ponad 520 km (obmierzymy cały Hel, który przedtem “przeskakiwaliśmy!). Gdy zmniejszymy do 10 cm, otrzymamy jakieś 700 km. Gdy zmniejszymy do centymetra…
Jak widać wyrażenie “Wybrzeże Polski ma 550 km” nie ma obiektywnego sensu.
Jednak geometrzy umówili się, że będą mierzyć miarką o długości np. 1 metr - i dzięki temu można w miarę sensownie porównać wybrzeża dwóch krajow!
I podobnie: jeśli umówimy się na jakąś metodykę liczenia dochodu i liczenia podatków - to nie dowiemy się, jaki procent naprawdę płacimy - ale możemy dowiedzieć się, czy to rośnie - czy maleje!
A więc podobno w tym roku obchodzimy ten DWP o dziesięć dni wcześniej, niż w 2006.
Do obchodów w styczniu jeszcze daleko - ale to już krok we właściwym kierunku…