Blog Janusza Korwin-Mikke

Gospodarka nie dla idiotów

2010-02-14 13:46

Co bankierzy robią z pieniędzmi?

Zacznijmy od elementarza. Ludzie, którzy nie chcą w danym momencie wydawać posiadanych przez się pieniędzy zanoszą je do banku na – załóżmy – 3%. Z drugiej strony do banku przychodzą ludzie akurat potrzebujący pieniędzy. Bank pożycza im je na – powiedzmy – 7%. Z tych 4% różnicy pokrywa koszta swojego działania, zysk – oraz straty spowodowane tym, że część dłużników długu nie spłaca.

Zanim przejdziemy do pytania: „Dlaczego teraz jest tak trudno o kredyt?” zauważmy, że jeśli bank nie znajdzie klienta, któremu mógłby pożyczyć pieniądze, to traci. By tego uniknąć bank może obniżyć procent na 2% - 6%  - i to powinien regulować rynek, a nie Rada Polityki Pieniężnej, która ma na to niebagatelny wpływ (a bardzo już duży na rozpiętość między tymi 3% a 7%…)

Trzeba też jeszcze zauważyć, że jeśli z kredytem jest źle, to niekoniecznie znaczy, że jest kryzys, a gospodarka się nie rozwija. To może znaczyć, że rodzice zamiast zanieść pieniądze do banku, by stamtąd pożyczył je ich syn, wolą pożyczyć mu je sami…  Jednak na większe przedsięwzięcia potrzebne są oszczędności tysięcy osób – więc nawet obiecującemu synowi trudno byłoby zgromadzić tyle pieniędzy.

Teoretycznie, gdyby w Rurytanii istniały Wielkie Rodziny, jak to do dziś jest w krajach Wschodu, taki kapitał rodzina mogłaby uzbierać – i przez banki przechodziłyby wtedy dwadzieścia razy mniejsze sumy pieniędzy. Nie powinno więc dziwić, że banki już od stu lat wspierają instytucje „postępowe” – to znaczy zmierzające do rozbicia rodziny (przymusowa edukacja, równouprawnienie kobiet, przymusowe emerytury itp.). Bankierów, zwłaszcza żydowskich, oskarżano z tego powodu o diaboliczne machinacje i chęć zniszczenia chrześcijańskiego społeczeństwa dla jakichś celów ideologicznych; tymczasem jest to po prostu dalekosiężna kalkulacja, wytwarzanie sobie klientów.

Wracamy do podstawowego pytania: co bankierzy robią z pieniędzmi, skoro tak trudno o kredyt?

Odpowiedź brzmi: pożyczają je państwu – lub państwowym firmom.

Szuflady Polaków pełne są przedwojennych obligacyj wystawianych przez II Rzeczpospolitą. Mimo to z tajemniczych (pozornie) powodów wśród bankierów utrzymuje się przekonanie, że pożyczenie pieniędzy państwu, to interes „pewny”…

…to ja pytam: skoro tak – to dlaczego obligacje są wystawiane na procent wyższy, niż stosowany zazwyczaj?

Prawda jest  taka, że rządy przekupują bankierów nie tylko tym, że gotowe są płacić za pożyczkę więcej, niż przeciętny Kowalski. Banki są w symbiozie z socjalistycznym państwem, które np. wydaje nakaz, by wszelkie obroty firm szły przez banki – a banki za to świadczą państwom przysługę pożyczając im nasze pieniądze, choć przecież wiadomo, że np. III RP - która  jest obecnie zadłużona na prawie 600 mld zł (nie licząc z’obowiązań emerytalnych) -  nigdy tych pieniędzy nie odda. Co więcej: postępuje jak śp.Lech Grobelny w swojej BKO: pożycza dwa miliardy, spłaca z nich pożyczony miliard; za rok pożycza 3 mld – spłaca z nich pożyczone 2 mld, za rok pożycza 4 mld…

Każdy bank, który dzisiejszemu d***kratycznemu państwu pożycza pieniądze, gra w rosyjską ruletkę: wszyscy zarabiają… z wyjątkiem ostatniego, który straci wszystko, gdy II RP, jak Republika Argentyńska, któregoś dnia wywróci kieszenie na lewą stronę.

I to jest nieuniknione. Tyle, że nikt nie wie, kiedy to nastąpi.
Czyli przedsiębiorca nie może dostać miliona kredytu na 7%, bo bank pożyczył ten milion na 7,5% państwu, które z’użyło z tego 300.000 na spłatę długów, 200.000 na opłacenie swoich urzędników, 300.000 na opłacenie ludzi by, wziąwszy zasiłek dla bezrobotnych,   nie chcieli już pracować w jego firmie i wreszcie 200.000 by w ramach „rozwijania przedsiębiorczości” dać subwencję kandydatowi na nowego przedsiębiorcę, by ten robił mu konkurencję (dopóki nie wyczerpie się subwencja…).

Ale, oczywiście, ma wolność wyboru: może dać łapówkę – i wtedy dadzą tę subwencję jemu!

Janusz Korwin-Mikke

2010-01-13 14:29

Trzy korony

Jak podała Informacyjna Agencja Radiowa:

„W miejscowości Le Blanc w środkowej Francji handlowcy walczą z kryzysem przy pomocy starych franków, waluty zastąpionej przez euro. Na początku stycznia zebrali już milion franków. To równowartość 150 tysięcy euro.

Pomysł narodził się w 2007 roku i początkowo był przyjmowany z ogromnym sceptycyzmem. Handlowcy tego siedmiotysięcznego miasteczka wpadli na pomysł, aby przyjmować od klientów stare franki, które już wyszły z użycia, a które Bank Francji wciąż wymienia do 2012 roku. Przyjmowane są tylko banknoty, od 20 franków po 500 franków z Pierrem i Marią Skłodowską Curie. Reszta wydawana jest w euro.
Z jednej strony jest to nostalgiczna dla wielu Francuzów podróż w przeszłość, z drugiej, dla innych, okazja do pozbycia się banknotów waluty, która wyszła już z obiegu, ale którą wciąż odnajduje się w starych książkach, w zapomnianych torebkach czy w odziedziczonych dokumentach.

Dzięki mediom sprawa nabrała takiego rozgłosu, że do Le Blanc zaczęli przyjeżdżać turyści - klienci z Paryża oraz z okolicznych departamentów. Miejscowy handel odczuł kryzys, ale dzięki frankom i turystom nie tak boleśnie jak reszta kraju. Obroty wzrosły w ostatnich latach od 10 do 20 procent.”

Chodzi, oczywiście, o nowe franki (gdyby w Polsce wprowadzono €uro, przez czas jakiś wymienianoby jeszcze PLN, a nie stare złotówki – które zresztą jeszcze mam!) - ale mniejsza z tym. Przypadek miasteczka Le Blanc warty jest wspomnienia z kilku powodów.

Przede wszystkim: formalnie sprawa jest bez znaczenia. Skoro franki można nadal wymienić w Banque de France – to co za różnica, czy ja pójdę z nimi do sklepu – czy wymienię w banku i pójdę do sklepu z €urosami?  A, okazuje się, różnica jest – psychologiczna: do banku nikomu nie chce się z tym iść – a zapłacić w sklepie – i owszem!

Dziwne – ale z faktami się nie dyskutuje. Skoro ludzie gotowi są przyjechać z Paryża do Le Blanc, w Dolinie Loary, by wydać tam swoje franki, zamiast wymienić je w Paryżu – to widocznie mają taką potrzebę. Zadaniem handlowca jest spełniać życzenia klientów.
Po drugie: jak to jest z legalnością? O ile pamiętam franki przestały być legalnym środkiem płatniczym – formalnie rzecz biorąc sklepikarze w Le Blanc naruszają prawo. Jednak nikt ich, i słusznie, nie ściga.

Wspominam o tym gdyż, po trzecie, warto zauważyć, że nie ma żadnej różnicy między wyciągnięciem franków z szuflady w biurku (ja też tam mam paręset…) i wydaniem i  ich w sklepie, a wydrukowaniem sobie odpowiedniej sumy w €uro. Być może dobrobyt gminy Le Blanc bierze się wyłącznie stąd, że przyjeżdżają tam na zakupy ludzie spoza gminy – jeśli jednak przyczyną jest uruchomienie tych pieniędzy, to potwierdza to tezę śp.Miltona Friedmana: w kryzysie należy zwiększać podaż pieniądza, a nie zmniejszać. Co nie znaczy, że należy go dodrukowywać.

Przy pieniądzu kruszcowym sprawa jest prosta: w czasie kryzysu złoto drożeje, więc bardziej opłaca się je wydobywać, opłaca się wyciągnąć z kąta połamane broszki – więc podaż złota sama wzrasta. Niestety: przy pieniądzu fiducjarnym automatyzm znika.

Gmina Le Blanc w rzeczywistości nic nie zrobiła. Po wojnie w Austrii gmina – bodaj Linz, nie pamiętam – po prostu wyemitowała własne pieniądze! Podniósł się straszny raban, ale w powojennym zamieszaniu władzom gminy jakoś uszło to na sucho – gdyż skutki gospodarcze były dla gminy bardzo korzystne. Co raz jeszcze potwierdza tezę, że zamiast wprowadzać €uro lepiej byłoby pozwolić, by każde państewko UE biło swoją monetę – a nawet, by w każdym państewku kursowało kilka konkurencyjnych walut. W dobie komputerów ich przeliczanie nie byłoby żadnym problemem.

(Co prawda, gdy prawie czterdzieści lat temu, po raz pierwszy dostałem paszport na Zachód – ale tylko do kraju socjalistycznego, czyli Austrii – w żydowskim sklepiku na Mexicoplatz widziałem, jak kasjer, bez komputera, wydawał w błyskawicznym tempie resztę ze stu dolarów w szylingach, markach i rublach (!). Klient trzy razy sprawdzał z kalkulatorkiem – zgadzało się co do grosza! Ale nie każdy jest Żydem z Mexicoplatz…)

Również w Rzymie, gdy Bankowi Włoch nie chciało się drukować lirów (wchodziło ich wtedy chyba 1700 na dolara?) bo druk był nieopłacalny konsorcjum sklepikarzy wypuściło liry drukowane na… skórze! Ten pieniądz przyjmowano powszechnie – i płacono nim nawet za bilety w autobusach. Ale to nieco inny przypadek:tam nie szło o zwiększenie masy pieniądza, tylko o podaż drobnych pieniędzy.

Podsumowując: pieniadz nie powinien był limitowany i emitowany przez państwo. Powinny to robić banki prywatne (np. przedwojenny Bank Polski był prywatny!) - i nie ma powodu, by był to jeden bank-monopolista.

Dowód: jeszcze przed powstaniem Wspólnoty Europejskiej (ale BeNeLux już istniał!) Królestwo Belgii, Królestwo Holandii i W.Księstwo Luksemburg miały własne waluty. Jednak waluta jednego z tych państw przyjmowana była w obu pozostałych. I jakoś gospodarka się od tego nie zawaliła.

Otóż gdyby Dwaj Królowie i Wielki Książę postanowili abdykować i utworzyć jedno państwo BeNeLux to nic by się w ich gospodarce nie zmieniło, natomiast byłoby to państwo, w którym istnieją trzy waluty.

I, oczywiście, to jedno państwo kwitłoby dokładnie tak samo, jak przedtem trzy…

Janusz Korwin-Mikke

2009-12-08 15:34

Zapaść

“Gazeta Biznes” podaje (za telegraph.co.uk) informację, że p.Daniel Fermon, główny analityk „Société Générale” po wnikliwych, przeprowadzonych wraz z zespołem ekspertów badaniach orzekł, że powinniśmy się przygotowywać na „globalną zapaść gospodarczą” w ciągu dwóch nadchodzących lat. Co prawda nie mma zaufania do tego, co robią kolektywy – ale ta sprawa jest tak oczywista, że nawet zespół nie mógł jej przeoczyć.

„Société Générale” podkreśla, że jest to ostrzeżenie, a nie prognoza. Jednak przesłanki są absolutnie przekonujące: np.  „w ciągu dwóch najbliższych lat może nastąpić m.in. wzrost długu publicznego w Japonii do poziomu nawet 270 proc. PKB. [p.DF] dodaje, że na nadmierne zadłużenie cierpią też gospodarki niemal wszystkich krajów i musi ono zostać szybko obniżone”.

Otóż jest oczywiste, że nie zostanie ono obniżone – bo żyjemy w najgłupszym ustroju  świata, czyli w d***kracji. Partia, która zacznie spłacać długi, przegra wybory – a partia, która się zadłuży, a „da” wyborcom łapówkę w zamian za głosy – wygra. Więc żadna partia nie będzie się nawet starała zmniejszyć zadłużenia. Proszę popatrzeć, co robi „liberalna” PO w budżecie na rok 2010!!!

Nie warto byłoby o tym wspominać – ja to prognozuję od 15 lat – i spokojnie czekam na ten kryzys. Bo to, co wmawiają Państwu jako „kryzys” nie było (o czym piszę od roku) żadnym „kryzysem”. Po prostu pożyczki na „budownictwo dla tych, których nie stać na wybudowanie sobie domku” gwarantowane przez USA stały się niespłacalne, i gwarant dodrukował masę pieniędzy, czyli nałożył na ludzi podatek emisyjny. Po kilku dniach Komisja Europejska połapała się, ile można dzięki temu dodrukować pieniędzy w Europie – i zrobiła ten sam szwindel. Co, jak każdy napad bandytów, spowodowało zawirowania w gospodarce Zachodu. Warto dodać, że „rząd” PO+PSL tym razem zachował się z godną podziwu wstrzemięźliwością, nie „walczył z kryzysem” (podobnie jak, szczęśliwie, nie walczy z rzekomą pandemią „świńskiej grypy”) - i dlatego w Polsce żadnego kryzysu nie było i nie ma (jeśli pominąć firmy eksportujące do krajów, których rządy wywołały „kryzys”).

Prawdziwy kryzys nadejdzie – i w Polsce od października notujemy już jego początki. Narasta zadłużenie państwa i zadłużenie obywateli. Za dwa lata kryzys będzie już w pełni – a może wcześniej, bo radosna twórczość budżetowa…

Nie warto więc byłoby powtarzać też tego raportu – gdyby nie zdanie: „Dodatkowo starzenie się społeczeństwa będzie utrudniać wzrost konsumpcji”.

Zdanie to świadczy, że dzisiejsi ekonomiści mają wszystko poprzestawiane w głowach. Ich zdaniem rozwój postępuje nie wtedy, gdy jacyś miliarderzy inwestują w podróże na Marsa, w indywidualne olstra odrzutowe, w nowe gałęzie przemysłu – tylko wtedy, gdy ludzie żrą jak najwięcej, kupują jak najwięcej nowych samochodów, marnują pieniądze na rożne drogie gadgety…

Oczywiście: celem gospodarki jest konsumpcja. Jeśli jednak konsumpcja spada, to zamiast sztucznie pobudzać konsumpcję należy się cieszyć – i inwestować, inwestować, inwestować.

Raport „Société Générale” nawet zachęca do inwestowania. W co? „m.in. w technologie, auta i podróże”. No, tak: w auta i podróże…

Janusz Korwin-Mikke

2009-11-10 10:15

Prawem i Lewem, czyli: Spadek z Progu

Jedną z fundamentalnych różnic między Prawicą i Lewicą jest stosunek do Prawa. Wedle konserwatystów (i większości prawicowych liberałów) Prawo to zestaw reguł, które mają zapewnić stabilność społeczną. Jeśli ludzie mają mieszkać na ziemi, a nie na poruszającym się bagnie, to Prawo powinno być trudno zmieniane. W szczególności – i z tym zgadzają się już wszyscy prawicowi liberałowie, nie tylko konserwatywni – niezmienna musi być ta część praw, która zapisana jest w Konstytucji.

Zupełnie inaczej widzą sprawę d***kraci, socjaliści i – niestety – lewicowi liberałowie; dla nich Prawo jest przeszkodą w realizowaniu Woli L**u, realizowaniu zasad „sprawiedliwości społecznej” i „sprawnym administrowaniu”. Nie przypadkiem kodeksy w kraju rządzonym przez Lewicę mają maleńki paragrafik mówiący mniej-więcej „Poniższe przepisy nie obowiązują jeśli są sprzeczne z zasadą sprawiedliwości społecznej” lub tp.  Zresztą wielcy Wodzowie Lewicy, Lenin i Hitler, otwarcie mówili, że Prawo jest przeszkodą dla rządzących.

I mieli rację. Tyle, że konserwatyści uważają, że dobrze jest, gdy Władza jest ograniczona Prawem.
Ponieważ wielu ludzi wierzy w Prawo jak w fetysz, Lewica obecnie ucieka się do prostego tricku. Gdy Prawo nie pozwala na wykonanie jakiegoś posunięcia, to po prostu… zmienia Prawo.

Tym samym „Prawo” przestaje być Prawem. Skoro Prawo można w każdej chwili zmienić (niekiedy nawet z mocą wsteczną!!!) - to, oczywiście, mamy do czynienia nie z Prawem, tylko z Lewem.
Dotyczy to zwłaszcza przepisów konstytucyjnych.

Właśnie nadciąga kolejna „komedyja prawna”. W obowiązującej Konstytucji znalazł się ciekawy zapis nie pozwalający państwu na obciążanie Narodu nadmiernym długiem. Ustawodawca zapisał dość naiwnie, że dług publiczny nie może przekroczyć 3/5 PKB…

Problem w tym, że już prawie przekroczył.

Rząd broni się, że nie należy obligacji państwowych przekazanych OFE uważać za „dług publiczny”.

Przepraszam: a jak nazwać obligacje? Władze III RP powinny się cieszyć, że żaden przepis nie reguluje wysokości emerytury – więc, choć zgodnie z Konstytucją państwo musi zapewnić ludziom emeryturę, to może ona wynosić np. 1grosz miesięcznie. Gdyby istniała jakakolwiek dolna granica emerytury, to z’obowiazania emerytalne w stosunku do wszystkich, od których pobrano składki emerytalne, należałoby też dołączyć do długu publicznego.

Jeśliby jednak nawet tych obligacyj przekazanych OFE nie wliczać do długu, to i tam ma on podobno w przyszłym roku wynieść 54,7% PKB – co oznacza, że niewielkie wahnięcie kursów walut, w których III RP zaciągnęła pożyczki może spowodować przekroczenie tej granicy.

I co wtedy?

Właśnie: co wtedy?

Art 216 p.5 Konstytucji powiadający:
„Nie wolno zaciągać pożyczek lub udzielać gwarancji i poręczeń finansowych, w następstwie których państwowy dług publiczny przekroczy 3/5 wartości rocznego produktu krajowego brutto. Sposób obliczania wartości rocznego produktu krajowego brutto oraz państwowego długu publicznego określa ustawa” należy do tych naiwnie skonstruowanych przepisów, które nie przewidują żadnych konsekwencyj. Gdyby powiadał tak, jak ja rozumiem prawo: „Jeśli państwowy dług publiczny przekroczy 3/5 wartości rocznego produktu krajowego brutto – liczony w sposób przedstawiony w aneksie – to rząd automatycznie ulega dymisji, parlament rozwiązany, a Prezydent powołuje rząd Jedności Narodowej, a odpowiedzialni podlegają karze więzienia nie niższej niż rok” – to taki Artykuł można by nazwać efektywnym. W obecnym sformułowaniu każdy „rząd” może te 3/5 przekroczyć – i korona mu z głowy nie spadnie. Oczywiście: za złamanie Konstytucji należy się Trybunał Stanu – ale proszę zauważyć, że przewidujący politycy akurat teraz mówią o potrzebie jego likwidacji.

A ponadto przed Trybunał Stanu musiałby skierować odpowiedzialnych Sejm, zaś Trybunał obsadzony jest przez większość sejmową, która wyłoniła „Rząd”, który Konstytucję złamał…

Ponadto „Rząd” może zmienić ustawę ustalającą sposób liczenia PKB oraz długu – co przy radosnym księgowaniu pozwoli zredukować dług do 30%, 20% a nawet 10% PKB…

„Rząd” nie chce jednak ani postępować tak bezczelnie, ani jawnie łamać Konstytucji – w związku z czym spokojnie mówi, że trzeba będzie ten próg 3/5 podnieść – albo wręcz ten Artykuł, „przeszkadzający w sprawnym rządzeniu” (czytaj: w obciążeniu naszych dzieci i wnuków szaleństwami ich ojców) zlikwidować.

I tu powiedzmy twardo:
Jeśli Prawo - zwłaszcza: artykuł Konstytucji – można w każdej chwili zmienić wedle życzenia każdorazowej większości – to po co w ogóle uchwalać jakiekolwiek Prawo???

Wróćmy jawnie do sprawdzonej metody stalinowskiej: Konstytucja jest dekoracją, a o tym, co wolno nam lub co musimy robić - decydować będzie przyszły Prezydent Unii Europejskiej.

Przynajmniej będzie wiadomo, kto za ten bajzel odpowiada.

PS. Jeszcze bardziej kuriozalnym jest pomysł „zawieszenia obowiązywania Art.216 Konstytucji” - ale po co mam omawiać pomysły jawnie kretyńskie?

Janusz Korwin-Mikke

2009-10-07 23:42

Niszczenie banknotów

W 1967 roku, podczas „wojny 6-dniowej” polscy Żydzi poczuwający się do łączności z Izraelem, zrobili – jak na całym świecie – zrzutkę na dozbrojenie Cahalu. Jak to w niektórych państwach jest nadal praktykowane (w Polsce też mamy do dziś ślady takiego stosunku do własności prywatnej!) PRL czuła się właścicielką posiadanych przez jej obywateli (i nie tylko przez obywateli!!!) pieniędzy – i zakazała wysłania „cennych dewiz” za granicę – bez wydawania zresztą jakichś szczególnie „anty-syjonistycznych” przepisów: takie były ogólne zasady!

Przedstawiciele licznych wtedy jeszcze w Polsce Żydów wzięli więc zebrane dolary, poszli do ambasady USA, tam banknoty te zostały komisyjnie spalone – i w Stanach ponownie wydrukowane. Koszt druku nowych banknotów nie był przecież zbyt duży.

Dziś byłoby to i prostsze – i trudniejsze. Wystarczyłoby wykasować odpowiednie sumy na kontach w Polsce – i powiększyć je za granicą. Z drugiej jednak strony fiskus zaraz zacząłby się dopytywać, gdzie są te pieniądze – i policzył jakiś podatek od darowizny…

Warto teraz postawić sobie pytanie: a co by się stało, gdyby w USA tych pieniędzy nie dodrukowano?

Odpowiedź jest prosta: straciłoby Państwo Izrael (które miało je otrzymać) – a zyskaliby wszyscy posiadacze „zielonych”. Jeśli spalone banknoty stanowiły jedną miliardową część banknotów w obiegu, to wszystkim by się wartość ich pieniądza zwiększyła o 1/1.000.000.000 …

Niewiele – ale zawsze coś.

I odwrotnie: gdyby w USA dodrukowano, a w Warszawie ich nie spalono – to wszyscy posiadacze greenbacków by stracili.

I dokładnie tak samo wszyscy tracą, gdy państwo – ot, tak - dodrukowuje pieniądze.

To jest jasne, proste i oczywiste. A teraz problem trudniejszy: proszę uszeregować - w kolejności od najmniej do najbardziej korzystnej dla okupowanego przez dzisiejsze państwo kraju - trzy możliwości:

a) Państwo milion złotych (w pieniądzach dodrukowanych lub ściągniętych z podatków) rozdaje jako zasiłki dla bezrobotnych

b) Państwo tym milionem pali w kominku Pana Prezydenta

c) Państwo za ten milion kupuje pszenicę i wywozi do głodujących dzieci w Abisynii

Właściwa kolejność to: (a) ( c) i (b).

Rozpatrzmy możliwości od najlepszej.

(b) jest bezwzględnie najlepsza. Wzrosła siła nabywcza ludności w porównaniu do siły nabywczej państwa. Jedyną stratą jest koszt druku pieniędzy. Uwaga! Przydawka: „okupowanego przez jakieś obecne państwo” jest istotne: gdyby było to nie dzisiejsze gosudarstwo, lecz klasyczne państwo mające pieniądze tylko na policję, wojsko i minimalną administrację, to spalenie państwowych pieniędzy przyniosłoby poważną stratę.

( c) jest gorsza, bo z kraju znika pszenica, która mogłaby się przydać komuś do przeżycia. Plusem jest krzepiąca świadomość, że pomogliśmy małym Etiopom.

(a) jest bezwzględnie najgorsza: zapłacono ludziom za to, że nic nie robią – czyli: jedynym efektem jest demoralizacja części ludności – są właściwie wszystkich, bo kiedy pozostali widzą, że tamci dostają pieniądze za nic, to też się demoralizują.

Jak Państwo widzą normalny ekonomista widzi efekt działania gosudarstwa niemal dokładnie odwrotnie, od dzisiejszych polityków-d***kratów.

Janusz Korwin-Mikke

2009-09-07 14:04

Jak staczać?

Pisząc przed miesiącem o tym, że amerykańscy Czerwoni dopłacając do zamiany rzęchów na nowe auta  powtarzają błędy np. brytyjskich Czerwonych sprzed 40 lat - pominąłem inną, chyba lepszą, analogię. Otóż najpoważniejszą, a w każdym razie: bezpośrednią przyczyną kryzysu finansowego w USA było dopłacanie do mieszkań i domów - tym, których nie stać było na własne domy…

…a czymże innym jest dopłacanie do nowych samochodów – tym, których nie stać na nowe samochody?
Czerwoni są po prostu niepoprawni. Kłania się, opublikowana jeszcze w Erze Edwarda Wspaniałego, śp.Stanisława Lema historyjka o (odzianym w malinowy kubrak) Małapucym Chałosie – robocie, który po katastrofie wymyślonego przezeń Najlepszego Na Świecie Systemu (roboty, zamiast pobierać z chmur elektryczność indywidualnie, zostały połączone szeregowo: jeden pobierał, reszta mogła z tego korzystać – tylko… nikomu jakoś nie chciało się pobierać) zaraz chciał ten system zastąpić Innym, Jeszcze Lepszym – zamiast powrócić do normalności.

Moim zdaniem prawdziwym celem tych operacyj nie jest polepszenie lub pogorszenie działania systemu gospodarczego; celem jest umożliwienie bandzie próżniaków zajmowanie się zyskownym dla nich „sprawiedliwym społecznie” dzieleniem. IM jest wszystko jedno, jak zarządzają gospodarką – byle były posady (i/lub łapówki) dla tych, co zarządzają. A ponieważ dzisiejsza technika umożliwia całkiem niezłe życie nawet po zmarnowaniu 90% ludzkiego wysiłku – to marnują. Zasadą jest: Niech się zmarnuje 5 zł -  bylebym miał pretekst by zarobić złotówkę.

I to tłumaczy istnienie „genialnych” rozporządzeń i w ogóle całej radosnej twórczości polityków i biurokratów.

Powstaje pytanie: na czym polega afera z rzekomą sprzedażą stoczni w Gdyni i w Szczecinie? Jeszcze w maju na konferencji prasowej w Szczecinie tłumaczyłem, że ta sprzedaż to „lipa” - i zaraz po wyborach okaże się, że nadal będzie można na Stoczni pasożytować. Jak zwykle: nie pomyliłem się – jednak wokół tej sprawy zaczęło rosnąć coś dziwnego.

Polecam zajrzenie np. na:

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1355,title,Stoczniowcy-nadal-niepewnie-patrza-w-przyszlosc,wid,11358003,wiadomosc.html?ticaid=18ab5&_ticrsn=5

Stoczniowcy nadal niepewnie patrzą w przyszłość

Mimo zapewnień ministra skarbu, stoczniowcy są zaniepokojeni losami stoczni Gdynia i Szczecin. Minister Aleksander Grad zapewnił, że najpóźniej do 17 sierpnia katarski inwestor zapłaci za majątek stoczni.
Minister zapewnił również, że jest to graniczny termin i nie ma powodu obawiać się, że tym razem inwestor wycofa się z umowy.

Szef NSZZ “Solidarność 80″ stoczni Szczecińskiej Nowa, Jacek Kantor, powiedział po spotkaniu, że nie rozwiało ono ostatecznie wątpliwości związkowców.

- Duży niepokój wśród stoczniowców - podkreślał związkowiec - wzbudza ewentualność wycofania się inwestora i co się z tym wiąże, postawienia stoczni w stan likwidacji.

Jacek Kantor przypomniał, że zgodnie z ustawą kompensacyjną, gdy nie powiedzie się prywatyzacja, nie ma już szans na powtórzenie sprzedaży. Sprawa trafia do sądu gospodarczego i toczy się proces upadłościowy.

- Taka jest alternatywa w przypadku niepowodzenia procesu kompensacji - stwierdził szef NSZZ “Solidarność 80″ stoczni Szczecińskiej Nowa.

Dla stoczniowców czas oczekiwania do 17 sierpnia jest bardzo trudny - dodał Jacek Kantor. Dodał, że pierwsi stoczniowcy zaczynają powoli kończyć okres zwolnień monitorowanych. Tymczasem nadal nie wiadomo, czy będą mogli z powrotem rozpocząć pracę w obu stoczniach, czy też będą zmuszeni szukać pracy w innych zawodach.

- Pierwszy termin zapłaty minął w 21 lipca, ale katarska spółka poprosiła o przesunięcie go. W reakcji na to premier dał ministrowi skarbu czas do końca sierpnia na zakończenie prywatyzacji stoczni w Gdyni i Szczecinie.

Zazwyczaj ministrowie, którzy podadzą fałszywą wiadomość podają się do dymisji. Tu p.Premier dał JE Aleksandrowi Gradowi czas do końca sierpnia. Koniec sierpnia minął – i… p.Grad jak był na stanowisku, tak jest. Co podważa również wiarygodność JE Donalda Tuska.

Coraz bardziej jest pewne, że w’okół Stoczni trwa walka dwóch służb specjalnych: jedne chcą nadal pasożytować na Stoczniach – a drugie, w porozumieniu z kumplami z  Mossadu i zaprzyjaźnionymi szejkami (jest więc to najprawdopodobniej wywiad wojskowy), zarobić raz, a dobrze. Z dwojga złego wolę, oczywiście, to drugie rozwiązanie… tyle, że ta operacja została właśnie najprawdopodobniej skutecznie storpedowana.
Klincz trwa. Oczywiście (w odróżnieniu od stoczniowców…) ja się obawiam, że „stocznie zostaną uratowane” (czyli: będziemy musieli znów do nich latami dopłacać). Jedno jest pewne: uczciwie to się skończyć nie może.

Jak bowiem pisał śp.Marian Załucki:
„…gdyby tak Polak stworzył świat:
O rany Julek!
Kulą nie byłaby ta Ziemia,
Nie byłby kulą Księżyc blady;
Sześcianem? Nie wiem. Jedno wiem ja:
Bez kantów nie dałoby rady!”

Janusz Korwin-Mikke

2009-08-04 10:20

Powtórka z zagrywki

W przed-thatcherowskich czasach w Zjednoczonym Królestwie rządzili kolejni Czerwoni doprowadzając kraj, oczywiście, do kryzysu. W samym szczycie tamtego kryzysu na ulicach Londynu i innych miast pojawiło się bardzo dużo „Rolls-Royce”ów, „Jaguarów” i innych luksusowych pojazdów…

Czerwony Rząd Jej Królewskiej Mości (tak nawiasem: JKM Elżbieta sama jest też socjalistką!) walczył bowiem z kryzysem – dotując inwestycje. Och – nie bezpośrednio: wprowadził „ulgi podatkowe dla inwestujących”. Oczywiście: w krajowe produkty, „by pomódz rodzimemu przemysłowi”. Każdy normalny człowiek zamiast zapłacić więc Czerwonym Pijawkom podatek inwestował w nowiutkiego np. „Jaguara” - i na koszt podatnika podrywał na niego tamtejsze „blachary”. Albo woził rodzinę na wczasy.

Co, oczywiście, pogłębiło kryzys… i umożliwiło lady Małgorzacie baronessie Thatcherowej obalenie Czerwonych i wyciągnięcie Królestwa z bagna, w które je wciągnęli.

Królowie – mam na myśli prawdziwych monarchów, a nie dzisiejsze marionetki – uczą się na (swoich lub cudzych) błędach, bo chodzi w końcu o ich pieniądze. L*d, rzecz jasna, niczego się nauczyć nie może, bo to pokolenie, które się czegoś może i nauczyło, zastępowane jest przez nowe… uczone w reżymowych szkołach. Czyli: uczone głównie głupot.

Dziś czytam w „Gazecie Wyborczej” ( http://tiny.pl/hh1f8 ) taki tekst:

Premii na nowe auta w USA starczyło na tydzień

Po czasach kryzysów sprzedawcy aut w USA żyją w euforii. - Przez tydzień sprzedaliśmy aż 200 aut - powiedział w ostatni piątek dealer „Chryslera”, Bill Doling, cytowany przez agencję AFP. Amerykańscy kierowcy tłumnie ruszyli do salonów koncernów motoryzacyjnych, aby skorzystać z wprowadzonych przed tygodniem premii na zakup samochodów. Kierowcy w USA mogą dostać od rządu premię do $4,5 tys. na zakup nowego auta zużywającego mało paliwa, jeśli w rozliczeniu oddadzą na złom stary, mniej ekologiczny pojazd. Premie są najbardziej opłacalne dla kierowców pozbywających się aut, które mają ponad 20 lat.

Uchwalając ten system w połowie roku, władze USA wzorowały się na premiach wprowadzonych w tym roku w Niemczech, Francji i ponad dziesięciu innych państwach UE. Na pomoc kierowcom w budżecie USA zarezerwowano miliard dolarów, który miał starczyć dla ok. 200 tys. kierowców. Ale do salonów z autami ruszył taki tłum kierowców, że całą sumę wyczerpano już po tygodniu. - Jestem szczęśliwy, że sukces programu przerósł wszelkie oczekiwania. Będziemy pracować nad kontynuacją programu, aby pieniędzy starczyło dla wszystkich zainteresowanych - zapowiedział w piątek rano polskiego czasu prezydent USA Barack Obama. Już kilka tygodni później niższa izba Kongresu postanowiła przeznaczyć kolejne dwa miliardy dolarów na premiowanie kierowców, którzy chcą zamienić paliwożerne stare auto na nowy, bardziej oszczędny model.

Różnica między tym, co zrobił w Wielkiej Brytanii śp.Harold Wilson, a tym, co robi w Stanach JE Benedykt Hussein Obama, sprowadza się do tego, że w UK te samochody kupowała jednak dość wąska grupa – a w USA d***kratycznie pozwolono na to wszystkim, zwłaszcza ludziom uboższym - bo kto jeździ 20-letnim rzęchem?

(tak nawiasem: głównym efektem Radosnej Twórczości Kongresu USA był… drastyczny wzrost cen 20-letnich rzęchów…) Różnica jest taka, jak między lasem, w którym arystokrata raz na dwa tygodnie polował – a lasem, do którego wyrusza 10.000 zwykłych szarych ludzi, by go zadeptać w poszukiwaniu jagód, grzybów i zajęcy…

Oczywiście JE Benedykt Hussein Obama mógłby odnieść o wiele większy sukces, gdyby te 3 miliardy (Co tam trzy – dziesięć! Albo dwadzieścia! ) po prostu rozrzucił z samolotów nad co większymi miastami (co zwiększyłoby znakomicie obroty producentów spirytualiów). $3.000.000.000 nie robi większej różnicy przy systemie, w którym FED dodrukował już $1.600.000.000.000. To tylko drobna kropla w Oceanie Głupoty zalewającej obecnie Stany (i większą część świata Białego Człowieka, który zamiast w Boga zaczął wierzyć w d***krację).

Gospodarka spowolni – ale przeżyje. Możliwości dzisiejszej techniki są tak ogromne, że gospodarka wytrzymałaby nawet eksperymenty bolszewików (Ze-Donga Mao i dra Pol-pota jeszcze chyba nie – ale inżynierowie pracują…). Wszelako kto powiedział, że gospodarka ma się rozwijać? Niemiecka od 15 lat się w ogóle nie rozwija – a proszę: jeszcze całkiem nieźle sobie tam (na kredyt…) żyją.

Jeśli „Rząd” JE Donalda Tuska nie będzie ratował gospodarki, to przez te pół roku nieźle podgonimy Stany. W grudniu amerykańskiego dolara będzie można najprawdopodobniej kupić z 2,20 PLN – a potem będzie spadał jeszcze szybciej.

I w końcu JE Benedykta Husseina Obamę wytarzają w smole i w pierzu. Nie – proszę się OŃ nie martwić: dostanie azyl w Wenezueli…

Nie znamy tylko nazwiska amerykańskiej lady Małgorzaty: p.Sara Palinowa?

Janusz Korwin-Mikke

2009-07-02 13:33

Niech żyją spekulanci!

Jak podaje słownik genialnego śp. Jana Stefczyka (Sterlinga) (ps.”Władysław Kopaliński”):

spekulacja (ryzykowna) transakcja handl., obliczona na (wysoki) zysk ze spodziewanych zmian w cenach, w zaopatrzeniu rynku, metodach produkcji itp.

Jeśli np. złotnicy dowiadują się w XIX wieku, że dentyści zaczynają robić koronki ze złota, to w celach spekulacyjnych zaczynają wykopywać złoto. Cena idzie w górę o np.5%. Po paru latach złoto jest już powszechnie używane – i wskutek zwiększonego popytu cena idzie w górę o, powiedzmy, 15%. Spekulanci inkasują dobrze zasłużone 10% - minus procent, minus podatek.

Zwracam uwagę, że mogli stracić: gdyby np. po roku ludzie uznali, że złote koronki w szczęce to obciach. I przestali je zamawiać.

Proszę zwrócić uwagę na niesłychanie korzystny dla gospodarki skutek działalności spekulantów: cena już idzie w górę, przygotowując rynek do nowej sytuacji. Ludzie już kupują mniej złota na bransoletki – dzięki czemu już powstaje lekka rezerwa złota – z którego za 2-3 lata będą robione koronki.

To znacznie łagodzi szok cenowy.

Otóż spekulacja jest istotą handlu. Piszę to, gdy za oknami przechodzi procesja z okazji święta Bożego Ciała. Z tej okazji okoliczne cukiernie kupiły masę lodów i innych towarów – spekulując, że będzie upał i wierni po procesji masowo rzucą się lizać lody. Co w myśl komunistycznej doktryny powinno być karane – tym bardziej, że lodziarze zazwyczaj z takiej okazji nieco podnoszą cenę lodów.

ZBRODNIA!

Gdy śp.Henryk Ford zakładał warsztat samochodowy, to spekulował, że ludzie będą chcieli  tym warczącym pudłem jeździć. A np. W.Ks.Konstanty Pawłowicz po wynalezieniu słynnego „rosyjskiego światła” władował w 1878 roku cały majątek w “Towarzystwo Elektrycznego Oświetlenia P.N. Jabłoczkow - wynalazca i Spółka”, które… splajtowało, bo akurat śp.Tomasz A.Edison wymyślił żarówkę, która była tańsza i wygodniejsza od „świec Jabłoczkowa”.

Spekulant, choć książę, nawet „Wielki” - czasem przegrywa…

Tymczasem komuniści, czy to ci z PRLu czy ci budujący UE, nienawidzą spekulacji. Dla nich to jakaś podejrzana operacja. I brutalnie ingerują. Niedawno napisałem na ten temat w “Dzienniku Polskim” pt. Wielki Brat czuwa.

Gdy w 1938 roku polskie wojska zajmowały Zaolzie, przedsiębiorczy restaurator z czeskiego Cieszyna zakupił większą liczbę trunków (bo Republika Czeska – podobnie jak dzisiaj – nakładała mniejszy haracz na alkohol!) i zaczął je serwować. Natychmiast wychwycili to polscy celnicy i pozwali go do sądu, który już po miesiącu (!) skargę oddalił – z uzasadnieniem:
„Obowiązek celny powstaje wtedy, gdy towar przechodzi przez granicę – a nie wtedy, gdy granica przechodzi przez towar”.

W 2004 III RP podpisała Traktat Akcesyjny i weszła do Wspólnoty. Już po miesiącu Komisja Europejska chciała nałożyć na III RP karę  (€139 mln!) za to, że kupcy zgromadzili zapasy grzybków marynowanych, wieprzowiny i czosnku w ilości przekraczającej więcej niż o 10% normalne obroty!!!  III RP odwołała się do Trybunału Wspólnotowego – i ostatecznie skończyło się na €12,451 miliona.

Brutalna ingerencja w wolność handlu – to jedno. Co najbardziej szokuje – to: ilu urzędników opłacamy, by ONI to wiedzieli!!!

No, to sobie tu policzmy. Policzmy prawdziwe straty. Liczba zatrudnionych urzędników (od 1988 roku ta liczba wzrosła 4,5 raza – a p.Roman Prodi, gdy był jeszcze szefem KE, twierdził, że musimy ich zatrudnić jeszcze 4 razy więcej!!!)  i ich pensje to łatwy rachunek.  Natomiast setki razy więcej kosztuje naszą gospodarkę to, że producenci i handlarze muszą sporządzać jakieś sprawozdania, wypełniać setki papierków – tracąc swój cenny czas. To jest znacznie trudniejsze do oszacowania.

Ale spekulanci dają gospodarce zyski – a walczący z nimi urzędnicy: straty.

I warto o tym pamiętać.

Janusz Korwin-Mikke

2009-06-03 9:38

Kto chce €uro?

Siedziałem sobie na Politechnice Koszalińskiej gdzie – na sali, ku memu zdumieniu, przepełnionej – odbywała się debata n/t wyborów do tzw. „Parlamentu Europejskiego”. I pierwszym pytaniem do kandydatów było: „Jaki jest Pański stosunek do wprowadzenia w Polsce €uro?”.

I rozpoczął kandydat SLD, który starannie wytłumaczył, że €uro trzeba wprowadzić, ponieważ złotówka nie jest stabilna. Bo każdy może – tłumaczył ów nieszczęsny Kandydat – podnieść albo obniżyć wartość złotówki; jak chcą spłacić jakieś zadłużenie w złotówkach w stosunku do „Rządu” polskiego, to obniżają wartość złotówki – a jak odwrotnie – to podwyższają.

Bo czym jest waluta jakiegoś maleńkiego, 40-milionowego kraiku?

Tymczasem istnieje sobie nieco większe państewko zwane Zjednoczonym Królestwem Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej – które nie przyjęło wspólnej waluty. Istnieją też dwa inne królestwa: Danii i Szwecji – które też nie wprowadziły €uro. Co więcej: nie mają najmniejszego zamiaru go wprowadzać – a w UK istnieje większość ponad 75% przeciwko wprowadzaniu €uro.

Przy czym Dania i Szwecja są krajami znacznie mniejszymi od Polski – i jakoś nikt nie robi im jakichś machlojek z ich koronami. Natomiast istotnie p.Jerzy Sörös zaatakował walutę jednego z tych państw – i zarobił na tym ładne parę miliardów. Tyle, że była to waluta znacznie większego i znacznie silniejszego gospodarczo od Polski państwa, czyli Zjednoczonego Królestwa.

I właśnie akurat w tym państwie jakoś miłość do własnej waluty jest chyba największa.

A co jeszcze ciekawsze: chyba we wszystkich państwach „starej Europy” istnieje w tej chwili większość za powrotem do walut państwowych.

To nie jest oczywiście żaden argument. W tej chwili w dawnych landach NRD istnieje ogromna tęsknota do powrotu do „komuny” - ale trudno to poważnie traktować. Jednak jak ktoś jest d***kratą…

Ja nie jestem!

Jednak piszę to nie dlatego, by wyśmiewać się z jakiegoś SLD-owca - lecz by zwrócić uwagę na to, że problem jednak istnieje. Każdą walutą można zachwiać – jeśli robić to dostatecznie energicznie i dostatecznie dużymi siłami. Jednak zarobić na tym można tylko wtedy, gdy rząd – lub bank centralny (w różnych państwach jest to różnie) – podejmą interwencję. Jeśli tego nie zrobią – to atakujący więcej na tym straci, niż zarobi!!

Może to zrobić w celach politycznych – ale po co?

No, właśnie: istnieje poważne podejrzenie, że taki atak został celowo podjęty przez kręgi finansjery amerykańskiej… przeciwko własnej walucie, przeciwko dolarowi. Chodziło o to, by przed wyborami poderwać zaufanie do polityki gospodarczej p.Jerzego W.Busha.

Co się znakomicie udało. A koszt tego ataku ma obecnie, za rządów tryumfującego p.Benedykta Husseina Obamy, zapłacić podatnik!!

W normalnych czasach nikt jednak nie atakuje obcych walut – choćby była to waluta Wielkiego skądinąd Księstwa Luksemburga (w czasach, gdy Księstwo jeszcze nie przeszło na €uro) – właśnie dlatego, że się to nie opłaca.

Walutą najbardziej stabilna jest – wydawałoby się złoto. Trudno zaatakować wartość złota – zwłaszcza, gdyby wszystkie państwa miały waluty oparte o złoto. Jednak można. Przykład dali b-cia Huntowie, którzy w latach 70.tych zaatakowali światową cenę srebra – podnosząc ją ponad dwukrotnie!!! Użyli do tego celu raptem ok. 11 miliardów dolarów – i… stracili je. Zostali wyeksmitowani z własnych domów…

Taka jest kara za nieudaną spekulację…

Janusz Korwin-Mikke

http://korwin-mikke.pl

2009-05-14 14:09

Emigranci

W ekonomii najważniejsze jest to, czego NIE widać.

Na portalu ONET.pl znalazłem następującą informację z „DZIENNIKA”:

Wg. danych Narodowego Banku Polskiego od czasu wstąpienia Polski do UE emigranci przysłali oficjalnie do Polski prawie 70 mld złotych - pisze “Dziennik”. Ekonomiści szacują, że pieniądze emigrantów stanowią nawet 1,5 proc. polskiego PKB.

Wg danych Banku Światowego pod względem rocznej wartości przysyłanych przez emigrantów pieniędzy jesteśmy na piątym miejscu na świecie - wyprzedzają nas tylko Meksyk, Chiny, Indie i Filipiny. A i tak oszacować można tylko środki przesłane oficjalnie. Jak powiedział “Dziennikowi” Krzysztof Rybiński, były prezes NBP, 70 mld to być może tylko czubek góry lodowej. “Nieoficjalnych” emigranckich oszczędności może być nawet drugie tyle.

“Dziennik” przypomina, że 70 mld zł od naszych rodaków pracujących za granicą to znacznie więcej, niż suma dopłat dla rolników, które wyniosły w mijających pięciu latach 40 mld zł od UE i 20 z budżetu państwa oraz niewiele mniej niż suma wszystkich dotacji z funduszy europejskich, które wyniosły 73,3 mld zł.

Dzięki pieniądzom emigrantów możliwy był boom na rynku nieruchomości, powstało tysiące nowych firm oraz możliwe było umocnienie polskiej waluty - zauważa “Dziennik”. I przypomina, że od 1 maja kolejne dwa kraje - Dania i Belgia - otworzyły rynek pracy dla polskich pracowników. Wielki strumień pieniędzy od emigrantów więc nie wyschnie.

A teraz włączamy (jeśli ludzie Ery Telewizji jeszcze to potrafią…) własne myślenie – i zaczynamy liczyć.
Zaczynamy od tego, że wierzchołek góry lodowej (czyli to, co wystaje z wody) to 1/7 wagi góry (a nie połowa). I dajemy temu spokój – bo mamy poważniejsze rachunki.

Najpierw zauważamy, że wszystkie dotacje z Brukseli to 1,5% PKB – czyli są w granicach połowy błędu statystycznego. Nie należy za to zapominać tu o ok. 110 mld zł, które z powodu tych dotacyj rocznie tracimy – a to w postaci czasu marnowanego na wypełnianiu wniosków, czasu i pensyj urzędników oceniających i załatwiających te wnioski, czasu traconego na staniu przed światłem, gdzie, na polecenie Brukseli zdjęto zielone strzałki – itd. Każda „dyrektywa unijna” - to setki milionów traconych na głupiego robotę.

Ale i to nie jest tu najważniejsze.

Liczymy: 3 mln emigrantów dały Polsce zysk równy 1,5% PKB – liczą efekt góry lodowej made by Christopher Rybiński: 3%.

Co oznacza, że 97% PKB wytworzyło 15 mln pracujących w Polsce (odliczyłem tych, co w pracy przeszkadzają…).

Co oznacza, że pracujący w Polsce jest (z punktu widzenia naszej gospodarki) ponad sześć razy bardziej efektywny od emigranta.

Oznacza też, że (zakładając jednakową efektywność pracy w Polsce i w Irlandii, na przykład) polscy emigranci przysłali do Polski 1/7 wartości swojej pracy – resztę wydając na siebie tam i wzbogacając gospodarki tamtych krajów.

Co oznacza też, że gdyby ci emigranci pracowali tu, a nie tam – to nasz PKB wyniósłby prawie 120% obecnego.

Oczywiście: pod warunkiem, że byłaby w Polsce dla nich praca równie efektywna jak dla pozostałych Polaków.

Na pewno jej nie było – dlatego wyemigrowali. I na pewno byłaby, gdyby podatki były niższe – i gdyby kapitaliści krajowi i zagraniczni byli pewni, że im „Rząd” nie będzie się wtrącał w prowadzenie businessu.
Co, nawiasem pisząc, dałoby pracę nie tylko emigrantom, ale i bezrobotnym Co z kolei oznaczałoby podniesienie PKB do 125% obecnego.

Co umożliwiłoby Polsce dogonienie w ciągu 6 lat RFN – bez żadnych dotacyj z Brukseli. Czy Francji – to nie wiem, bo oni mają po parę kilo złota zakopane w ogródkach… ale Niemiec: na pewno!

To wszystko przy nie zmienieniu obecnego systemu socjalistycznego i nawet nie zmienieniu systemu podatkowego!

Gdybyśmy to zrobili – dogonilibyśmy Niemcy (które mają ostatnio tempo „rozwoju”   minus 10%) w ciągu 3-4 lat.

To tyle liczenia – na razie…

Janusz Korwin-Mikke