Blog Janusza Korwin-Mikke

Gospodarka nie dla idiotów

2010-07-14 11:41

Bezbolesne utaczanie krwi

P. Wojciech Rudny napisał był w moim tygodniku „Najwyższy CZAS!”  (Nr 9/2004) bardzo dobry artykuł p/t: „Dawid Ricardo: zapoznany klasyk?” - który można znaleźć np. tu:
http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,3485

P.Rudny dobrze streszcza poglądy Ricardo na gospodarkę – jednak pomija istotne dla nas warunki, jakie powinien spełniać – Jego zdaniem dobry - system podatkowy. Otóż wśród tych warunków jest jeden, pozornie oczywisty, który jednak budzi moje zasadnicze wątpliwości.

I tak jak matematycy po Euklidesie próbowali najpierw udowadniać, że III Aksjomat jest zbędny – i dopiero potem wpadli na pomysł, że można go zanegować i otrzymać spójną geometrię – tak ja od razu go neguję.
Warunek ten brzmi mniej-więcej tak: System podatkowy powinien być taki, by podatnicy możliwie łatwo się z koniecznością jego płacenia godzili; najlepiej: by w ogóle nie zauważali, że go płacą.

Otóż z tym nie zgadzam się całkowicie – co za chwilę uzasadnię.

Zacznę od dziwnego pytania, które postawiłem na swoim portalu (http://korwin-mikke.pl/hrbgsbg543/blog_posts/view/597): Po co właściwie istnieje ból?

Teoretycznie ewolucja powinna spowodować, że człowiek nie czułby bólu: czyż organizm spędzający kilkanaście czy nawet kilkaset dni swego życia walcząc z bólem nie jest ewolucyjnie gorszy od takiego, który mając złamaną nogę bez skrzywienia pisałby na przykład ten tekst na komputerze? Otóż: nie! Ból istnieje – bo jest potrzebny. Jest potrzebny po to, by człowiek mógł z’orientować się, że coś z organizmem jest nie w porządku – i podjąć stosowne działanie: uciec, zabrać rękę z ognia, pójść na operację raka trzustki lub tp.
Otóż system podatkowy powinien być tak skonstruowany, by podatnika płacenie podatków bardzo bolało! Podatek płacony bezboleśnie jest równie niebezpieczny jak bezobjawowe zapalenie płuc!

Podatek powinien boleć – po to, by ludzie protestowali przeciwko podnoszeniu podatków, które zabijają organizm kraju!!

Dzisiejsze rządy wyłażą ze skóry, by ludzie nie widzieli, że płacą podatki. Nie wszyscy wiedzą, że 90% ceny wódki i 60% ceny benzyny stanowi akcyza. Również PIT pobierany jest po cichu – a potem hucznie zwraca się ludziom nadpłatę.

Dzisiejsze rządy doprowadziły tę sztukę niemal do perfekcji. I tym chytrym sposobem dzięki d***kracji udało IM się doprowadzić dzisiejsze państwa na krawędź śmierci!

Bo, powiedzmy to jasno: kraje okupowane przez państwa, które nakładają na nie dzisiejsze podatki (przypominam:  III RP nakłada na mnie trzy razy wyższe podatki, niż nakładała na mojego Ojca III Rzesza!!!) są w tej chwili krajami umierającymi – ze wzrostem gospodarczym ok. 1% i ujemnym przyrostem naturalnym.
Przyczyną jest to bezbolesne utaczanie krwi.

Któryś z amerykańskich libertarian opisał przypadek swojego przyjaciela, właściciela niewielkiej firmy komputerowej w Kalifornii. Jego pracownicy, jak na Kalifornię przystało, głosowali na Demokratów. Więc któregoś dnia Szef powiedział im tak:

„Słuchajcie – mam dla Was korzystną propozycję: zamiast płacić Wam co miesiąc, będę Wam płacił co tydzień ćwierć pensji. Czysty zysk: jeśli ktoś nie chce, może to sobie wpłacić do banku – i ostatniego dnia miesiąca podjąć sumę powiększoną o procent bankowy”.

Pracownicy umieli liczyć – i ochoczo się zgodzili.

Po miesiącu Szef przyszedł z kolejną propozycją:

„Nie będę odprowadzał co tydzień podatku od Waszych zarobków; wypłacę Wam brutto – a podatki potrącę z ostatniej tygodniówki”

Pracownicy znów się ochoczo zgodzili – bo dzięki temu mieli bezpłatną pożyczkę. Gdy jednak pod koniec miesiąca okazało się, że zamiast zainkasować  tygodniówkę musieli jeszcze dopłacić – jak jeden mąż przerzucili swoje sympatie na Republikanów!

Właśnie ta dolegliwość wywarła na nich wpływ ozdrowieńczy!

Janusz Korwin-Mikke

2010-06-23 11:26

Kredowe Koło czyli: kontr-rewolucja podatkowa

Niewiele osób w Polsce (i na świecie) wie, jak działają podatki. Między rokiem 1918 a 1930 (w Rosji koniec NEP, w USA New Deal Roosevelta) nad całym światem zapadła Noc Etatyzmu – czy, jak pisał w 1935 Ferdynand Zweig: nastąpiła Zima Ludów. Podatki zaczęły służyć nie jako środek do znalezienia pieniędzy na utrzymanie króla, wojska i policji - lecz jako narzędzie manipulacji społeczeństwem.  W efekcie ostatnia książka nt. podatków ukazała się w Polsce w 1924. I słusznie: nie ma sensu badać życia jeleni, gdy wszystkie jelenie zapędzone są do zagrody, wykonują komendy na gwizdek i jedzą to, co da im się do żłobu. Nie ma nawet na kim prowadzić obserwacyj. Z tych samych powodów nie było sensu badać, jak na zmianę podatku zareagują centralnie sterowane firmy.

Wprawdzie ostatnio pogląd, że państwo powinno traktować podatki tylko jako środek do napełniania Skarbu, powraca, jednak wraz z nim idzie niesłuszne przekonanie, że system podatkowy jest tym lepszy, im więcej pieniędzy spłynie do kasy! Nawet zwolennicy niskich podatków argumentują („punkt Laffera”!), że należy je obniżać, bo po zmniejszeniu stopy podatkowej do Skarbu wpłynie więcej pieniędzy!!

Innymi słowy: zamiast zastanawiania się: „Na administrację, wojsko i policję potrzebujemy  40 mld zł; jak zdobyć te pieniądze od obywateli w sposób racjonalny?” (Zasada Vigny’ego) lub (jeszcze lepiej!!): „Od ludzi możemy ściągnąć 40 mld zł – co za te pieniądze najlepiej nabyć?” – myślimy: „Jak ściągnąć od ludzi jak najwięcej pieniędzy”. Potem zawsze znajdą się chętni, by je wydać.

I tych pieniędzy zawsze jest za mało.

Tymczasem złotówka w ręku obywatela jest o ok.40% („Prawo Savasa”) wydajniejsza, niż w ręku urzędnika. Kraj rozwija się więc lepiej, gdy mniej pieniędzy przechodzi przez budżet. Z tych samych powodów, dla których huta na Śląsku działa lepiej kupując prąd bezpośrednio od elektrowni na Śląsku –  niż przez Centralną Dyspozytornię np. w Gdańsku.

Jest prawdą (przykład Rosji, która zmniejszyła podatek dochodowy z 40% na 13%) że po zmniejszeniu stopy podatku rośnie liczba pieniędzy w budżecie (ludzie przestają oszukiwać, inwestorzy – krajowi i zagraniczni - zaczynają inwestować). Jest to jednak tylko argument za tym, by stopę nadal zmniejszać! Wpływy będą rosły – ale, zgodnie z Krzywą Laffera, tylko do czasu. Gdy zaczną maleć, należy je nadal zmniejszać – tak długo, aż w budżecie pozostaną tylko pieniądze na administrację, wojsko i policję. Nie wiemy, czy nastąpi to przy podatku 2% czy 3% - ale zapewne mieści się to w tym zakresie.

Przy omawianiu systemu podatkowego trzeba rozważyć co najmniej trzy aspekty:

1) Ile się płaci; Tu mówiąc „Zwiększyć podatek!” często myli się wysokość stopy z wysokością sumy wpływającej do Skarbu. Zgodnie z Prawem Savasa  podatek 95% może być – paradoksalnie - dla kraju korzystny (!!) jeśli zgodnie z Krzywą Laffera cała gospodarka zejdzie, przy powszechnej cichej aprobacie, w podziemie, a do Skarbu wpłyną tylko sumy wystarczające na administrację, wojsko i policję!!! Pod warunkiem, że cała administracja zostanie skorumpowana i będzie tolerować czarną strefę. Ważne, by do Skarbu nie wpłynęła ani jedna złotówka ponad to, co jest tam koniecznie potrzebne. Oraz by unikanie podatku nie było zbyt fatygujące.

2) Kto płaci. Tu spotykamy się z najprzeraźliwszymi błędami powodowanymi emocją oraz istnieniem „obrońców interesu grupowego”. W rzeczywistości na ogół jest to obojętne!!!

Przykład: Jeśli sprzedaję samochód, inkasuję 10.000, a nabywca płaci jeszcze np. 1000 podatku. Gdyby istniał Związek Nabywców Aut, jego działacze niewątpliwe domagaliby się, by podatek płacił sprzedawca, „który przecież ma pieniądze - a nabywca nie ma, choć na ogół musi jeszcze potem inwestować w ten używany grat”. Gdyby jednak nawet Sejm ustąpił i zmienił tę zasadę na odwrotną, nie zmieniłoby się nic – poza tym, że podniósłbym cenę do 11.000 i sam zaniósł ten tysiąc do Izby Skarbowej!!!

Podobnie nie zmieniłoby się nic, gdyby Sejm zniósł podatek od młynarzy, a podwoił od piekarzy. Zw.Zaw.Młynarzy by tryumfował, ZZ Piekarzy rwał włosy z głowy i grzmiał o niesprawiedliwości – w rzeczywistości nastąpiłby (to zadanie dla II roku studiów ekonomicznych) spadek ceny mąki dokładnie kompensujący zmianę podatku. Sejmowi wydaje się, że rządzi – w rzeczywistości powoduje tylko kolejne zaburzenia w gospodarce (bo o ile cenę samochodu podniosę w sekundę po wejściu w życie ustawy, to dostosowanie cen zboża i mąki nastąpi dopiero po parunastu tygodniach – a przez ten czas Sejm może wydać kolejną nowelę ustawy!!!) A trzeba jeszcze pamiętać o tym, że Polska nie jest izolowana: mąkę i zboże można przywozić zza jej granic.

W rzeczywistości podatku nie płaci chłop, młynarz, piekarz ani sklep z pieczywem: całość podatku płaci nabywca chleba! Sejm decyduje tylko o tym, kto ten podatek zanosi fiskusowi. Wszyscy producenci pracują de facto na drugim etacie jako poborcy podatkowi – co pokazuje ile osób jest obecnie naprawdę zatrudnionych w administracji!!!

3) Jak się płaci. Podatek powinien być nie tylko jak najmniejszy i jak najmniej kłopotliwy dla obywateli w płaceniu – ale też jak najprostszy i nie dający okazji do oszustw! Rozpatrzmy kilka:

a) Podatek dochodowy – forma dziś powszechna, w rzeczywistości nonsensowna. Powinien być jak najszybciej zlikwidowany. Występuje w dwóch zasadniczych formach:

|- Podatek dochodowy progresywny (p.d.p.). Jest on oczywistym absurdem, gdyż oznacza, że ten, kto dwa razy efektywniej pracuje płaci cztery razy większą grzywnę (między podatkiem, a np. grzywną za złe zaparkowanie samochodu, nie ma – o czym zapominają ustawodawcy – żadnej różnicy!!). P.D.P. narzucili w XX wieku socjaliści, gdyż socjaliści, podobnie jak większość wyborców, są zbyt ograniczeni, by zrozumieć to, co napisałem powyżej i myślą, że nałożenie podatku na „bogatych” zlikwiduje nierówności społeczne.

(Nb. nierówności w ogóle nie należy likwidować, bo są motorem rozwoju – ale ciekawe jest, że socjaliści nakładając p.d.p. nie tylko zahamowali rozwój gospodarki światowej, ale nie doprowadzili do równości: w Szwecji przeraźliwa progresja podatkowa nie przeszkodziła rodzinie Wallenbergów skupić ok.60% majątku Królestwa – a wręcz w tym pomogła. Ta nierówność nie jest jednak twórcza, gdyż Wallenbergowie nosza się skromnie, więc ich bogactwo nie rzuca się w oczy i nie wywołuje chęci, by „kąpać się, jak oni w szampanie”. Podobnie w Polsce, mimo p.d.p., nierówności (choć ukrywane) są ogromne. P.D.P. karze bowiem nie tych, co mają dużo, lecz tych, co efektywnie pracują!!

|- Podatek dochodowy liniowy (p.d.l.) jest też absurdem, choć mniej oczywistym: kto dwa razy więcej pracuje, płaci dwa razy większą grzywnę! Jest zdumiewające, że choć podatek dochodowy istnieje dopiero od ok.100 lat (w USA od 1913), traktowany jest jako coś oczywistego – i wszyscy reformatorzy systemu podatkowego poruszają się w narzuconym przez socjalistów kredowym kole. Tymczasem jest to pomysł rodem z przeklętego XX wieku – a żyjemy już w wieku XXI. Jednak niewielki podatek liniowy byłby i tak znacznym postępem w stosunku do progresywnego.

b) Tak naprawdę jednak na to, by ludzie pracowali efektywnie, trzeba ich podatkować (czyli nakładać kary pieniężne) nie za to, co zrobili dobrze, lecz za to, że mają potencjalne możliwości.  Stąd podatkować można:

|- Ludzi – ryczałtowym podatkiem osobistym (p.r.o) (wszystkich mężczyzn – a także kobiety pracujące poza domem; te ostatnie proponuję podatkować tylko dlatego, że nieopodatkowane byłyby na rynku pracy „nieuczciwą konkurencją” w stosunku do mężczyzn)

|- Nieruchomości
– podatkiem od wielkości i/lub od wartości nieruchomości. Warunek: podatek taki nie może przekraczać 2‰ (promille) wartości nieruchomości (przypominam, że podatek 1‰ spowodował bunt i odpadnięcie Niderlandów od Korony Hiszpańskiej!)

|- Kapitał. W gruncie rzeczy „podatek od kapitału” (ale nie podatek od „zysków z kapitału”!!) jest logiczny: wyrównuje „niesprawiedliwość” jaką jest to, że nieruchomość – (będąca też kapitałem!) jest opodatkowana, a gotówka nie! Musiałby być taki sam, jak od nieruchomości. Tak nawiasem: Dania proponowała przed siedmiu laty dla UE podatek 35%!!!

|- Logicznie system ten powinien być domknięty podatkiem od ruchomości – bo opodatkowanie nieruchomości powoduje, że (sztucznie) bardziej opłaca się kupować samochody czy garnitury, niż inwestować w ziemię, co zaburza naturalny rozwój gospodarki. Po części taką rolę pełni VAT – tyle, że znów jest on dla towarów nietrwałych 10 razy za wysoki.

Najwięcej wręcz histerycznego sprzeciwu budzi ryczałtowy podatek osobisty. Wysuwane są takie argumenty:

|= Jest to podatek „niesprawiedliwy, bo bogaty i biedny płacą tyle samo”. (Co zabawne: jest wysuwany przez tych, co zawsze twierdzą, że ludzie mają jednakowe żołądki!)

Argument jest pozornie słuszny, jeżeli podatek ma służyć redystrybucji. W PRL taką rolę pełniło wszystko – np. za takie same wczasy zarabiający więcej, więcej płacił! Tu zakładam, że podatek ma wrócić do swej normalnej roli, tj. służyć tylko ściąganiu pieniędzy na cele wspólne i niezbędne (wojsko, policja, pensja prezydenta itd.).

Jednak nawet wtedy argument nie jest trafny – bo (przypominam) podatek i tak płacony jest przez konsumentów, nie przez producentów!! Ponadto jeśli obecnie zatrudniam Starzaka za 10.000 (podatek 4000) i Nowaka za 2000 (podatek 400), to przy ryczałcie równym (w tym przykładzie) 2200, natychmiast renegocjowałbym umowę za Starzakiem (na 8200), a Nowak ze mną (na 3800); Zapłaciłbym tyle samo, tyle samo na rękę otrzymaliby obydwaj panowie i tyle samo otrzymałaby Izba Skarbowa!!! Nb. oznacza to, że obecne „nierówności płacowe” są generowane sztucznie przez progresywny podatek dochodowy !!!

|= „Ludzie się na to nie zgodzą”.

Ludzie mogą się nie godzić na wszystko, np. na komputery – co nie oznacza, że komputery z tego powodu przestają działać. Podejrzewam jednak, że jeśli by się ludziom wytłumaczyło, że podatek ten całkowicie uniemożliwi jakiekolwiek kanty, i nieprawdopodobnie wręcz uprości jego ściąganie (zamiast Izb Skarbowych wystarczą, nieco wzmocnione kadrowo, biura meldunkowe!!) to by się raczej ucieszyli.

Tak naprawdę podatek ryczałtowy jest  nie do zniesienia dla polityków (którzy zyskują glosy dzięki nakładaniu podatków na jednych i obietnicom zdejmowaniu ich z drugich) oraz urzędników, mających prawo (np. za łapówkę) zwolnić z podatku dochodowego…

Przykład z Nowakiem i Starakiem oparty jest o obecne podatki – i przy tej wielkości byłby trudny do utrzymania z powodów psychologicznych. Jednak na rzeczy wspólne i niezbędne idzie obecnie 9% budżetu. Oznacza to 11-krotną redukcję budżetu. Tym samym ryczałt byłby rzędu 200 zł. Miesięcznie.

Natomiast podatek ten (plus bardzo niewielki podatek od majątku) połączony z likwidacją wszystkich innych podatków, w tym: od zysków firm, od dochodu, akcyzy od benzyny i (stopniowo!) akcyzy od alkoholu, spowodowałby wręcz nieprawdopodobny wzrost gospodarczy, czego udowadniać dalej chyba nie muszę (proszę popatrzeć na rozkwit gorzelnictwa po obniżce akcyzy!!)  I, przy okazji, spowodowałby likwidację bezrobocia (co znów skrzywdziłoby polityków, odbierając im ich ulubione poletko do uprawiania demagogii)

Ale to nie mój problem.

Janusz KORWIN-MIKKE

Autor jest założycielem Instytutu Socjocybernetyki, który w 1989 roku otrzymał I nagrodę w konkursie ogłoszonym w 1988 przez PKPG na system podatkowy w Polsce.

ANEX 1:
cytuję z art. p.dra Roberta Gwiazdowskiego: (Rz-plita” –25-XI-2002)

“Chcielibyśmy systemu podatkowego, który:

*  Byłby sprawiedliwszy i prostszy.

*  Nagradzałby, a nie karał za tworzenie nowych miejsc pracy.

*  Wyeliminowałby niepotrzebną pracę papierkową.

*  Zapewniałby bodźce obywatelom oszczędzającym, aby można było zbudować lepszą przyszłość dla siebie i swoich rodzin.

*  Pozwoliłby podatnikom, w szczególności tym z klasy średniej, zachować więcej z tego, co zarabiają.

*  Pozwoliłby podatnikom łatwo rozliczyć się z podatków, bez pomocy prawnika, księgowego - lub nawet ich obu naraz.”

*  Wszyscy podatnicy muszą być w pełni poinformowani o tym, co dokładnie podlega opodatkowaniu, jak są opodatkowani i jaka jest ich rzeczywista odpowiedzialność podatkowa.

*  Podatki powinny być widoczne dla każdego podatnika, który musi mieć świadomość, kiedy i ile musi zapłacić.

*  Wszyscy podatnicy powinni być traktowani równo pod względem prawa. Należy unikać umyślnego różnicowania podatników i osiąganych przez nich przychodów.

*  Przepisy podatkowe powinny tak samo traktować podobne działania i transakcje gospodarcze, bez względu na atrybuty podatnika.

*  Należy unikać wielokrotnego opodatkowania - dochód powinien być opodatkowany raz i tylko raz.

*  System podatkowy powinien być prosty - złożoność sprawia, że jest drogi w utrzymaniu, co zmniejsza rzeczywisty dochód skarbu państwa z wpływów podatkowych z uwagi na zwiększające się koszty poboru podatków.

*  System podatkowy powinien być neutralny dla podejmowanych przez podatników decyzji gospodarczych.

*  Stawki podatkowe powinny być możliwie niskie. Niska stawka podatkowa dla wszystkich rodzajów podatników tworzy najmniej wypaczeń w gospodarce. Wysokie stawki marginalne niszczą rozwój gospodarczy przez zmniejszanie bodźców do pracy, oszczędzania i inwestowania.

Jak widać podatek ryczałtowy osobisty – i tylko on - spełnia wszystkie powyższe warunki.

ANEX 2:

Od 1-XII-2009 Polska jest prowincją Unii Europejskiej. Tym samym niemożliwe jest zniesienie VAT-u (minimalny to 15%) i akcyzy. Te dwa podatki przynoszą jednak znacznie więcej, niż 1/11 obecnego budżetu…

Oznacza to, że pozostając w UE można by zlikwidować wszystkie inne podatki – włącznie z podatkiem od nieruchomości i ryczałtowym osobistym – i (nawet po zwiększeniu o połowę wydatków na wojsko i policję) trzeba by rozwinąć jakiś system podatku (jak mawiał Milton Friedman) „negatywnego”, by pozbyć się nadmiaru pieniędzy. Mowa, oczywiście, o przyszłości – bo na razie można by (i trzeba) spłacać zadłużenie i dopłacać do Funduszu Emerytalnego.

2010-04-15 12:06

MFW (i Bank Światowy, i EBOiR) - rozwiązać!

Liczni krytycy – w tym np. sp.Milton Friedman, jeden z pierwszych laureatów „Nobla” w dziedzinie ekonomii, podkreślali, że ani MFW nie jest „funduszem”, ani BŚ czy EBOiR bankami nie są – w tym sensie, w jakim w kapitalizmie rozumie się to słowo. Są to instytucje gorzej niż państwowe – bo ponad państwowe, gdzie szefami firm kieruje… interes szefów tych firm – a nie dbałość o Europę, Świat czy ogólną pomyślność gospodarczą.

Liczne przykłady wskazują na szkodliwość lub zbędność interwencyj tych instytucyj – przy czym warto podkreślić, że istnieją też przykłady działań pozytywnych. Tyle, że gdyby interwencja, nakazująca uzdrowienie systemu, nie nastąpiła, to zainteresowane państwa i tak musiałyby dokonać reform pod naciskiem nieubłaganej konieczności. Interwencja powoduje, że niezbędne reformy są odbierane jako nacisk zewnątrz, którego dobrze by się było pozbyć – a wtedy, to by było ale dobrze!

W efekcie więc wszystkie interwencje tych instytucyj są szkodliwe – podobnie jak szkodliwe jest nadmierne branie leków. Faktem jest, że czasem bez tych leków organizm by umarł – ale z państwami jest inaczej: złego państwa się nie żałuje, na jego trupie powstaje inne, lepsze państwo – i nauczone złym przykładem rządzi danym krajem zazwyczaj lepiej.

A ludzie są już nauczeni, że nie wolno wierzyć oszustom.

Takim przykładem  jest sytuacja II Rzeczypospolitej po I wojnie Światowej. Socjaliści mówili (podobnie, jak dziś), że motorem rozwoju jest inflacja – i drukowali pieniądze bez umiaru. W wyniku tego po roku takiej tresury ludzie na całe pokolenie stracili wiarę w „zbawczą moc inflacji” – i Polska miała (emitowaną przez prywatny Bank Polski)  jedną z najstabilniejszych walut świata.

Ale oprócz tego istnieje coś takiego, jak alienacja instytucji od swoich celów. Tak samo, jak policja po jakimś czasie celowo hoduje sobie przestępców, by mieć co zwalczać (i otrzymywać na to środki..) tak samo jak CIA w tym samym celu podtrzymuje fikcję, że śp. Osama ibn Laden żyje – tak samo postępują i te instytucje.

Ostatnio:
http://biznes.onet.pl/mfw-celowo-podsycil-kryzys-w-europie-wschodniej,18491,3203345,1,news-detal
p. Mojmir Hampl, v-prezes banku centralnego Czech i Moraw, w wywiadzie dla wiedeńskiego „Der Standard” oskarżył o takie działanie MFW; powiedział wprost i mocno: „To była wyraźna próba doprowadzenia do sytuacji, w której trzeba będzie ratować cały region. Przed tym kryzysem (MFW) de facto nie miał klientów. Dzięki temu kryzysowi i z nowym kierownictwem, pod wodzą Dominika Strauss-Kahna, Fundusz znalazł sobie nowe zadanie i dostał więcej środków”

Pod koniec wywiadu p.Hampl powiedział:
“Ojcowie założyciele €uro sądzili, że przyspieszy ono reformy strukturalne. Przykład Grecji pokazuje, że jest wręcz przeciwnie”.

Jest to oczywiste. Posiadanie waluty krajowej wymusza dbałość o nią. Natomiast za walutę „międzypaństwową” nie odpowiada de facto NIKT, za reformy na szczeblu ponad-państwowym też nie odpowiada NIKT – bo wszyscy oglądają się na innych. Teraz Czerwona Grecja liczy, że otrzyma kolejną pomoc na ratowanie socjalizmu w tym kraiku.

Jeśli jeszcze – nie daj Boże – ją otrzyma…

Janusz Korwin-Mikke

2010-03-28 11:21

Przekupić Senatorów i Posłów?

Gazety coraz śmielej piszą, że ustawy w Parlamencie po prostu się kupuje. Istnieją zarejestrowani „lobbyści”, których działalność najlepiej ilustruje rysunek bodaj z „The WALL STREET JOURNAL”, na którym przewodnik wycieczki po Kapitolu pokazuje turystom dwóch ludzi:  „O, to jest właśnie znany lobbysta iXiński rozmawiający z senatorem Ygrekowskim”. Na co turystka z nabożnym wyrazem twarzy: „Czy on go właśnie przekupuje?”

To, że uchwalanie ustaw poprzez przekupywanie Ustawodawcy jest złe, podlega dyskusji – ale wykazywanie tego byłoby obrażaniem Państwa inteligencji i wiedzy. Natomiast warto zastanowić się: jaka jest alternatywa?

Jako alternatywę pokazuje się d***krację, czyli głosowanie zgodne z życzeniami tzw. L**u. Już wiele razy wykazywałem, że jest to postulat nie tyle szkodliwy, ile po prostu nonsensowny, bo „Wola L**u” najdokładniej zależy od tego, jakie zadamy pytanie w referendum, czy głosowanie będzie w niedzielę czy we środę, jaka audycja w TV będzie nadana przed głosowaniem, co zjadł premier przed przemówieniem i: czy widać to po jego twarzy.

„Gdyby wybory mogły coś zmienić, dawno zostałyby zakazane” - mówi znane powiedzenie. Gdybyśmy jednak dopuścili do zasadniczych  zmian metodami naprawdę d***kratycznymi, to najprawdopodobniej pierwszą uchwaloną d***kratycznie ustawą byłoby odebranie majątku 10%-om najbogatszych Polaków i podzielenie go po równo między pozostałe 90%.  Lub np. dodrukowanie każdemu po milionie złotych.

Jest oczywiste, że bogaci by na tym stracili – ale zazwyczaj coś-tam-coś-tam mają poodkładane za granicą na taką właśnie okazję (co jest, nawiasem pisząc, poważną stratą gospodarczą!!) i jakoś by to przeżyli. Natomiast pozostałe 90% by na tym straciło, i to  sporo: nikt już nie chciałby się bogacić i za dwa lata zapanowałaby powszechna nędza. To samo dotyczy dodrukowania miliona: każdy skupiłby się na dodrukowywaniu, zamiast pracy. W porównaniu więc z metodą d***kratyczną idea, by ustawy w Parlamencie kupować, jest zdecydowanie rozsądniejsza!

Przewaga ta polega na tym, że bardzo często ustawy uchwalane d***kratycznie szkodzą wszystkim – podczas gdy ustawa uchwalona na życzenie łapówkodawcy jest korzystna (Też zresztą nie zawsze! Ludzie bywają krótkowzroczni!)  przynajmniej dla niego…

Pamiętajmy, że piekarze tak naprawdę działają nie dla siebie, tylko na rzecz szarych zjadaczy chleba. Jeśli więc spowodują, że nakłady zamiast na dotacje do stoczni pójdą na piekarnictwo – to z całą pewnością w Polsce będzie lepiej!

Weźmy mój stary przykład z poziomu gminnego. Jak wiadomo (albo nie…) jestem zwolennikiem podatku nakładanego od wartości nieruchomości – ale liczonego inaczej, niż obecni pomysłodawcy katastru – i tego, by siła głosu właściciela nieruchomości zależała od jej wartości: kto ma dwa razy droższą nieruchomość ma dwa razy więcej głosów. Jeśli (stanowiący 1/3 elektorów) właściciele nieruchomości wartych więcej, niż nieruchomości pozostałych 2/3 narzucą jakieś rozwiązanie, to najprawdopodobniej będzie ono dla  danej miejscowości korzystne. Pod warunkiem, oczywiście, że taka uchwała nie może odbierać jednym, a dawać drugim (np. nałożyć podatek na małe posesje…).

Problem polega na tym, że Parlament może WSZYSTKO.  W związku z tym znacznie łatwiej wymyślić właśnie ustawę, która odbierze innym, a da piekarzom – niż ustawę, która byłaby dla piekarzy po prostu korzystna. Tak to już jest: taksówkarze pytani o to, co im przeszkadza, nie odpowiadają, że trzeba zlikwidować akcyzę od paliw – tylko domagają się zlikwidowania „nieuczciwej konkurencji”, czyli nawet licencjonowanych przewoźników a zwłaszcza  „łebkarzy”.  Tak więc nadzieja, że kupowanie ustaw, zamiast d***cji, wiele pomoże – jest złudna. To znaczy: pomoże – ale nie zmieni zasadniczego Zła.

Jakie jest rozwiązanie? Musimy stworzyć warstwę arystokracji, z której byłaby wyłaniana Rada Koronna stanowiąca ustawy. Arystokraci (i ich rodziny; w sumie 1/2% społeczeństwa! ) nie mieliby prawa prowadzenia działalności gospodarczej – dzięki czemu zniknęłaby obawa, że będą tworzyli ustawy „pod siebie”.

Nie jest to nic nowego: taki zakaz obowiązywał w Polsce w okresie jej największego rozkwitu. A przyczyną upadku było to, że warstwa szlachecka rozrosła się do 10% społeczeństwa – tym samym wyłączając z handlu i produkcji najcenniejszych ludzi!! W efekcie produkcją zająć się musieli Niemcy, a handlem i finansami Żydzi.

A stworzyć tę warstwę arystokracji musi Monarcha. Na razie: Dyktator. Dyktatora, nie myślącego o wygraniu następnych wyborów, stać na wybranie ludzi najmądrzejszych, najuczciwszych i najinteligentniejszych. Bo ustroje – jak wszystko – pożera entropia. I Dyktator musi działać jak Demon Maxwella, iść pod prąd entropii: wybierać ludzi cennych, nie wpuszczając w szeregi arystokracji innych.

Monarcha musi też pilnować, by arystokracja nie uchwaliła ustawy dającej arystokracji jakieś dodatkowe przywileje! Grabie grabią do siebie, niestety – i najdoskonalsi ludzie ulegają czasem pokusom. Dlatego zresztą panowała zasada, że Król nie ma prawa żenić się z poddanką – bo wtedy zazwyczaj wybierał arystokratkę i zaczynał się wtapiać w tę klasę!! (Tak nawiasem: być może dobrze byłoby, by Król miał obowiązek brać sobie kochanki spośród rożnych warstw społecznych?)

Jeśli dyktator stworzy zdrowy system *(w XX wieku nie było dyktatora, któremu by się to powiodło!), Monarchia ku ogólnej radości przerodzi się w Królestwo – a on sam (lub wybrana przezeń – ale od dzieciństwa na króla hodowana -  osoba!) zostanie Królem,  Monarchą dziedzicznym.

I Najgłupszy Ustrój Świata, czyli D***kracja, odejdzie (przynajmniej: dopóki ludzie nie zapomną, co się w jej czasach wyrabiało!) w niepamięć.

PS. Przypominam, że dopiero w XVIII wieku warstwie „Oświeconych” nieustanną propagandą udało się wytrzeć z pamięci ludzi przerażający obraz upadku Aten i innych (nielicznych zresztą) d***kratycznych państw.

Janusz Korwin-Mikke

2010-02-14 13:46

Co bankierzy robią z pieniędzmi?

Zacznijmy od elementarza. Ludzie, którzy nie chcą w danym momencie wydawać posiadanych przez się pieniędzy zanoszą je do banku na – załóżmy – 3%. Z drugiej strony do banku przychodzą ludzie akurat potrzebujący pieniędzy. Bank pożycza im je na – powiedzmy – 7%. Z tych 4% różnicy pokrywa koszta swojego działania, zysk – oraz straty spowodowane tym, że część dłużników długu nie spłaca.

Zanim przejdziemy do pytania: „Dlaczego teraz jest tak trudno o kredyt?” zauważmy, że jeśli bank nie znajdzie klienta, któremu mógłby pożyczyć pieniądze, to traci. By tego uniknąć bank może obniżyć procent na 2% - 6%  - i to powinien regulować rynek, a nie Rada Polityki Pieniężnej, która ma na to niebagatelny wpływ (a bardzo już duży na rozpiętość między tymi 3% a 7%…)

Trzeba też jeszcze zauważyć, że jeśli z kredytem jest źle, to niekoniecznie znaczy, że jest kryzys, a gospodarka się nie rozwija. To może znaczyć, że rodzice zamiast zanieść pieniądze do banku, by stamtąd pożyczył je ich syn, wolą pożyczyć mu je sami…  Jednak na większe przedsięwzięcia potrzebne są oszczędności tysięcy osób – więc nawet obiecującemu synowi trudno byłoby zgromadzić tyle pieniędzy.

Teoretycznie, gdyby w Rurytanii istniały Wielkie Rodziny, jak to do dziś jest w krajach Wschodu, taki kapitał rodzina mogłaby uzbierać – i przez banki przechodziłyby wtedy dwadzieścia razy mniejsze sumy pieniędzy. Nie powinno więc dziwić, że banki już od stu lat wspierają instytucje „postępowe” – to znaczy zmierzające do rozbicia rodziny (przymusowa edukacja, równouprawnienie kobiet, przymusowe emerytury itp.). Bankierów, zwłaszcza żydowskich, oskarżano z tego powodu o diaboliczne machinacje i chęć zniszczenia chrześcijańskiego społeczeństwa dla jakichś celów ideologicznych; tymczasem jest to po prostu dalekosiężna kalkulacja, wytwarzanie sobie klientów.

Wracamy do podstawowego pytania: co bankierzy robią z pieniędzmi, skoro tak trudno o kredyt?

Odpowiedź brzmi: pożyczają je państwu – lub państwowym firmom.

Szuflady Polaków pełne są przedwojennych obligacyj wystawianych przez II Rzeczpospolitą. Mimo to z tajemniczych (pozornie) powodów wśród bankierów utrzymuje się przekonanie, że pożyczenie pieniędzy państwu, to interes „pewny”…

…to ja pytam: skoro tak – to dlaczego obligacje są wystawiane na procent wyższy, niż stosowany zazwyczaj?

Prawda jest  taka, że rządy przekupują bankierów nie tylko tym, że gotowe są płacić za pożyczkę więcej, niż przeciętny Kowalski. Banki są w symbiozie z socjalistycznym państwem, które np. wydaje nakaz, by wszelkie obroty firm szły przez banki – a banki za to świadczą państwom przysługę pożyczając im nasze pieniądze, choć przecież wiadomo, że np. III RP - która  jest obecnie zadłużona na prawie 600 mld zł (nie licząc z’obowiązań emerytalnych) -  nigdy tych pieniędzy nie odda. Co więcej: postępuje jak śp.Lech Grobelny w swojej BKO: pożycza dwa miliardy, spłaca z nich pożyczony miliard; za rok pożycza 3 mld – spłaca z nich pożyczone 2 mld, za rok pożycza 4 mld…

Każdy bank, który dzisiejszemu d***kratycznemu państwu pożycza pieniądze, gra w rosyjską ruletkę: wszyscy zarabiają… z wyjątkiem ostatniego, który straci wszystko, gdy II RP, jak Republika Argentyńska, któregoś dnia wywróci kieszenie na lewą stronę.

I to jest nieuniknione. Tyle, że nikt nie wie, kiedy to nastąpi.
Czyli przedsiębiorca nie może dostać miliona kredytu na 7%, bo bank pożyczył ten milion na 7,5% państwu, które z’użyło z tego 300.000 na spłatę długów, 200.000 na opłacenie swoich urzędników, 300.000 na opłacenie ludzi by, wziąwszy zasiłek dla bezrobotnych,   nie chcieli już pracować w jego firmie i wreszcie 200.000 by w ramach „rozwijania przedsiębiorczości” dać subwencję kandydatowi na nowego przedsiębiorcę, by ten robił mu konkurencję (dopóki nie wyczerpie się subwencja…).

Ale, oczywiście, ma wolność wyboru: może dać łapówkę – i wtedy dadzą tę subwencję jemu!

Janusz Korwin-Mikke

2010-01-13 14:29

Trzy korony

Jak podała Informacyjna Agencja Radiowa:

„W miejscowości Le Blanc w środkowej Francji handlowcy walczą z kryzysem przy pomocy starych franków, waluty zastąpionej przez euro. Na początku stycznia zebrali już milion franków. To równowartość 150 tysięcy euro.

Pomysł narodził się w 2007 roku i początkowo był przyjmowany z ogromnym sceptycyzmem. Handlowcy tego siedmiotysięcznego miasteczka wpadli na pomysł, aby przyjmować od klientów stare franki, które już wyszły z użycia, a które Bank Francji wciąż wymienia do 2012 roku. Przyjmowane są tylko banknoty, od 20 franków po 500 franków z Pierrem i Marią Skłodowską Curie. Reszta wydawana jest w euro.
Z jednej strony jest to nostalgiczna dla wielu Francuzów podróż w przeszłość, z drugiej, dla innych, okazja do pozbycia się banknotów waluty, która wyszła już z obiegu, ale którą wciąż odnajduje się w starych książkach, w zapomnianych torebkach czy w odziedziczonych dokumentach.

Dzięki mediom sprawa nabrała takiego rozgłosu, że do Le Blanc zaczęli przyjeżdżać turyści - klienci z Paryża oraz z okolicznych departamentów. Miejscowy handel odczuł kryzys, ale dzięki frankom i turystom nie tak boleśnie jak reszta kraju. Obroty wzrosły w ostatnich latach od 10 do 20 procent.”

Chodzi, oczywiście, o nowe franki (gdyby w Polsce wprowadzono €uro, przez czas jakiś wymienianoby jeszcze PLN, a nie stare złotówki – które zresztą jeszcze mam!) - ale mniejsza z tym. Przypadek miasteczka Le Blanc warty jest wspomnienia z kilku powodów.

Przede wszystkim: formalnie sprawa jest bez znaczenia. Skoro franki można nadal wymienić w Banque de France – to co za różnica, czy ja pójdę z nimi do sklepu – czy wymienię w banku i pójdę do sklepu z €urosami?  A, okazuje się, różnica jest – psychologiczna: do banku nikomu nie chce się z tym iść – a zapłacić w sklepie – i owszem!

Dziwne – ale z faktami się nie dyskutuje. Skoro ludzie gotowi są przyjechać z Paryża do Le Blanc, w Dolinie Loary, by wydać tam swoje franki, zamiast wymienić je w Paryżu – to widocznie mają taką potrzebę. Zadaniem handlowca jest spełniać życzenia klientów.
Po drugie: jak to jest z legalnością? O ile pamiętam franki przestały być legalnym środkiem płatniczym – formalnie rzecz biorąc sklepikarze w Le Blanc naruszają prawo. Jednak nikt ich, i słusznie, nie ściga.

Wspominam o tym gdyż, po trzecie, warto zauważyć, że nie ma żadnej różnicy między wyciągnięciem franków z szuflady w biurku (ja też tam mam paręset…) i wydaniem i  ich w sklepie, a wydrukowaniem sobie odpowiedniej sumy w €uro. Być może dobrobyt gminy Le Blanc bierze się wyłącznie stąd, że przyjeżdżają tam na zakupy ludzie spoza gminy – jeśli jednak przyczyną jest uruchomienie tych pieniędzy, to potwierdza to tezę śp.Miltona Friedmana: w kryzysie należy zwiększać podaż pieniądza, a nie zmniejszać. Co nie znaczy, że należy go dodrukowywać.

Przy pieniądzu kruszcowym sprawa jest prosta: w czasie kryzysu złoto drożeje, więc bardziej opłaca się je wydobywać, opłaca się wyciągnąć z kąta połamane broszki – więc podaż złota sama wzrasta. Niestety: przy pieniądzu fiducjarnym automatyzm znika.

Gmina Le Blanc w rzeczywistości nic nie zrobiła. Po wojnie w Austrii gmina – bodaj Linz, nie pamiętam – po prostu wyemitowała własne pieniądze! Podniósł się straszny raban, ale w powojennym zamieszaniu władzom gminy jakoś uszło to na sucho – gdyż skutki gospodarcze były dla gminy bardzo korzystne. Co raz jeszcze potwierdza tezę, że zamiast wprowadzać €uro lepiej byłoby pozwolić, by każde państewko UE biło swoją monetę – a nawet, by w każdym państewku kursowało kilka konkurencyjnych walut. W dobie komputerów ich przeliczanie nie byłoby żadnym problemem.

(Co prawda, gdy prawie czterdzieści lat temu, po raz pierwszy dostałem paszport na Zachód – ale tylko do kraju socjalistycznego, czyli Austrii – w żydowskim sklepiku na Mexicoplatz widziałem, jak kasjer, bez komputera, wydawał w błyskawicznym tempie resztę ze stu dolarów w szylingach, markach i rublach (!). Klient trzy razy sprawdzał z kalkulatorkiem – zgadzało się co do grosza! Ale nie każdy jest Żydem z Mexicoplatz…)

Również w Rzymie, gdy Bankowi Włoch nie chciało się drukować lirów (wchodziło ich wtedy chyba 1700 na dolara?) bo druk był nieopłacalny konsorcjum sklepikarzy wypuściło liry drukowane na… skórze! Ten pieniądz przyjmowano powszechnie – i płacono nim nawet za bilety w autobusach. Ale to nieco inny przypadek:tam nie szło o zwiększenie masy pieniądza, tylko o podaż drobnych pieniędzy.

Podsumowując: pieniadz nie powinien był limitowany i emitowany przez państwo. Powinny to robić banki prywatne (np. przedwojenny Bank Polski był prywatny!) - i nie ma powodu, by był to jeden bank-monopolista.

Dowód: jeszcze przed powstaniem Wspólnoty Europejskiej (ale BeNeLux już istniał!) Królestwo Belgii, Królestwo Holandii i W.Księstwo Luksemburg miały własne waluty. Jednak waluta jednego z tych państw przyjmowana była w obu pozostałych. I jakoś gospodarka się od tego nie zawaliła.

Otóż gdyby Dwaj Królowie i Wielki Książę postanowili abdykować i utworzyć jedno państwo BeNeLux to nic by się w ich gospodarce nie zmieniło, natomiast byłoby to państwo, w którym istnieją trzy waluty.

I, oczywiście, to jedno państwo kwitłoby dokładnie tak samo, jak przedtem trzy…

Janusz Korwin-Mikke

2009-12-08 15:34

Zapaść

“Gazeta Biznes” podaje (za telegraph.co.uk) informację, że p.Daniel Fermon, główny analityk „Société Générale” po wnikliwych, przeprowadzonych wraz z zespołem ekspertów badaniach orzekł, że powinniśmy się przygotowywać na „globalną zapaść gospodarczą” w ciągu dwóch nadchodzących lat. Co prawda nie mma zaufania do tego, co robią kolektywy – ale ta sprawa jest tak oczywista, że nawet zespół nie mógł jej przeoczyć.

„Société Générale” podkreśla, że jest to ostrzeżenie, a nie prognoza. Jednak przesłanki są absolutnie przekonujące: np.  „w ciągu dwóch najbliższych lat może nastąpić m.in. wzrost długu publicznego w Japonii do poziomu nawet 270 proc. PKB. [p.DF] dodaje, że na nadmierne zadłużenie cierpią też gospodarki niemal wszystkich krajów i musi ono zostać szybko obniżone”.

Otóż jest oczywiste, że nie zostanie ono obniżone – bo żyjemy w najgłupszym ustroju  świata, czyli w d***kracji. Partia, która zacznie spłacać długi, przegra wybory – a partia, która się zadłuży, a „da” wyborcom łapówkę w zamian za głosy – wygra. Więc żadna partia nie będzie się nawet starała zmniejszyć zadłużenia. Proszę popatrzeć, co robi „liberalna” PO w budżecie na rok 2010!!!

Nie warto byłoby o tym wspominać – ja to prognozuję od 15 lat – i spokojnie czekam na ten kryzys. Bo to, co wmawiają Państwu jako „kryzys” nie było (o czym piszę od roku) żadnym „kryzysem”. Po prostu pożyczki na „budownictwo dla tych, których nie stać na wybudowanie sobie domku” gwarantowane przez USA stały się niespłacalne, i gwarant dodrukował masę pieniędzy, czyli nałożył na ludzi podatek emisyjny. Po kilku dniach Komisja Europejska połapała się, ile można dzięki temu dodrukować pieniędzy w Europie – i zrobiła ten sam szwindel. Co, jak każdy napad bandytów, spowodowało zawirowania w gospodarce Zachodu. Warto dodać, że „rząd” PO+PSL tym razem zachował się z godną podziwu wstrzemięźliwością, nie „walczył z kryzysem” (podobnie jak, szczęśliwie, nie walczy z rzekomą pandemią „świńskiej grypy”) - i dlatego w Polsce żadnego kryzysu nie było i nie ma (jeśli pominąć firmy eksportujące do krajów, których rządy wywołały „kryzys”).

Prawdziwy kryzys nadejdzie – i w Polsce od października notujemy już jego początki. Narasta zadłużenie państwa i zadłużenie obywateli. Za dwa lata kryzys będzie już w pełni – a może wcześniej, bo radosna twórczość budżetowa…

Nie warto więc byłoby powtarzać też tego raportu – gdyby nie zdanie: „Dodatkowo starzenie się społeczeństwa będzie utrudniać wzrost konsumpcji”.

Zdanie to świadczy, że dzisiejsi ekonomiści mają wszystko poprzestawiane w głowach. Ich zdaniem rozwój postępuje nie wtedy, gdy jacyś miliarderzy inwestują w podróże na Marsa, w indywidualne olstra odrzutowe, w nowe gałęzie przemysłu – tylko wtedy, gdy ludzie żrą jak najwięcej, kupują jak najwięcej nowych samochodów, marnują pieniądze na rożne drogie gadgety…

Oczywiście: celem gospodarki jest konsumpcja. Jeśli jednak konsumpcja spada, to zamiast sztucznie pobudzać konsumpcję należy się cieszyć – i inwestować, inwestować, inwestować.

Raport „Société Générale” nawet zachęca do inwestowania. W co? „m.in. w technologie, auta i podróże”. No, tak: w auta i podróże…

Janusz Korwin-Mikke

2009-11-10 10:15

Prawem i Lewem, czyli: Spadek z Progu

Jedną z fundamentalnych różnic między Prawicą i Lewicą jest stosunek do Prawa. Wedle konserwatystów (i większości prawicowych liberałów) Prawo to zestaw reguł, które mają zapewnić stabilność społeczną. Jeśli ludzie mają mieszkać na ziemi, a nie na poruszającym się bagnie, to Prawo powinno być trudno zmieniane. W szczególności – i z tym zgadzają się już wszyscy prawicowi liberałowie, nie tylko konserwatywni – niezmienna musi być ta część praw, która zapisana jest w Konstytucji.

Zupełnie inaczej widzą sprawę d***kraci, socjaliści i – niestety – lewicowi liberałowie; dla nich Prawo jest przeszkodą w realizowaniu Woli L**u, realizowaniu zasad „sprawiedliwości społecznej” i „sprawnym administrowaniu”. Nie przypadkiem kodeksy w kraju rządzonym przez Lewicę mają maleńki paragrafik mówiący mniej-więcej „Poniższe przepisy nie obowiązują jeśli są sprzeczne z zasadą sprawiedliwości społecznej” lub tp.  Zresztą wielcy Wodzowie Lewicy, Lenin i Hitler, otwarcie mówili, że Prawo jest przeszkodą dla rządzących.

I mieli rację. Tyle, że konserwatyści uważają, że dobrze jest, gdy Władza jest ograniczona Prawem.
Ponieważ wielu ludzi wierzy w Prawo jak w fetysz, Lewica obecnie ucieka się do prostego tricku. Gdy Prawo nie pozwala na wykonanie jakiegoś posunięcia, to po prostu… zmienia Prawo.

Tym samym „Prawo” przestaje być Prawem. Skoro Prawo można w każdej chwili zmienić (niekiedy nawet z mocą wsteczną!!!) - to, oczywiście, mamy do czynienia nie z Prawem, tylko z Lewem.
Dotyczy to zwłaszcza przepisów konstytucyjnych.

Właśnie nadciąga kolejna „komedyja prawna”. W obowiązującej Konstytucji znalazł się ciekawy zapis nie pozwalający państwu na obciążanie Narodu nadmiernym długiem. Ustawodawca zapisał dość naiwnie, że dług publiczny nie może przekroczyć 3/5 PKB…

Problem w tym, że już prawie przekroczył.

Rząd broni się, że nie należy obligacji państwowych przekazanych OFE uważać za „dług publiczny”.

Przepraszam: a jak nazwać obligacje? Władze III RP powinny się cieszyć, że żaden przepis nie reguluje wysokości emerytury – więc, choć zgodnie z Konstytucją państwo musi zapewnić ludziom emeryturę, to może ona wynosić np. 1grosz miesięcznie. Gdyby istniała jakakolwiek dolna granica emerytury, to z’obowiazania emerytalne w stosunku do wszystkich, od których pobrano składki emerytalne, należałoby też dołączyć do długu publicznego.

Jeśliby jednak nawet tych obligacyj przekazanych OFE nie wliczać do długu, to i tam ma on podobno w przyszłym roku wynieść 54,7% PKB – co oznacza, że niewielkie wahnięcie kursów walut, w których III RP zaciągnęła pożyczki może spowodować przekroczenie tej granicy.

I co wtedy?

Właśnie: co wtedy?

Art 216 p.5 Konstytucji powiadający:
„Nie wolno zaciągać pożyczek lub udzielać gwarancji i poręczeń finansowych, w następstwie których państwowy dług publiczny przekroczy 3/5 wartości rocznego produktu krajowego brutto. Sposób obliczania wartości rocznego produktu krajowego brutto oraz państwowego długu publicznego określa ustawa” należy do tych naiwnie skonstruowanych przepisów, które nie przewidują żadnych konsekwencyj. Gdyby powiadał tak, jak ja rozumiem prawo: „Jeśli państwowy dług publiczny przekroczy 3/5 wartości rocznego produktu krajowego brutto – liczony w sposób przedstawiony w aneksie – to rząd automatycznie ulega dymisji, parlament rozwiązany, a Prezydent powołuje rząd Jedności Narodowej, a odpowiedzialni podlegają karze więzienia nie niższej niż rok” – to taki Artykuł można by nazwać efektywnym. W obecnym sformułowaniu każdy „rząd” może te 3/5 przekroczyć – i korona mu z głowy nie spadnie. Oczywiście: za złamanie Konstytucji należy się Trybunał Stanu – ale proszę zauważyć, że przewidujący politycy akurat teraz mówią o potrzebie jego likwidacji.

A ponadto przed Trybunał Stanu musiałby skierować odpowiedzialnych Sejm, zaś Trybunał obsadzony jest przez większość sejmową, która wyłoniła „Rząd”, który Konstytucję złamał…

Ponadto „Rząd” może zmienić ustawę ustalającą sposób liczenia PKB oraz długu – co przy radosnym księgowaniu pozwoli zredukować dług do 30%, 20% a nawet 10% PKB…

„Rząd” nie chce jednak ani postępować tak bezczelnie, ani jawnie łamać Konstytucji – w związku z czym spokojnie mówi, że trzeba będzie ten próg 3/5 podnieść – albo wręcz ten Artykuł, „przeszkadzający w sprawnym rządzeniu” (czytaj: w obciążeniu naszych dzieci i wnuków szaleństwami ich ojców) zlikwidować.

I tu powiedzmy twardo:
Jeśli Prawo - zwłaszcza: artykuł Konstytucji – można w każdej chwili zmienić wedle życzenia każdorazowej większości – to po co w ogóle uchwalać jakiekolwiek Prawo???

Wróćmy jawnie do sprawdzonej metody stalinowskiej: Konstytucja jest dekoracją, a o tym, co wolno nam lub co musimy robić - decydować będzie przyszły Prezydent Unii Europejskiej.

Przynajmniej będzie wiadomo, kto za ten bajzel odpowiada.

PS. Jeszcze bardziej kuriozalnym jest pomysł „zawieszenia obowiązywania Art.216 Konstytucji” - ale po co mam omawiać pomysły jawnie kretyńskie?

Janusz Korwin-Mikke

2009-10-07 23:42

Niszczenie banknotów

W 1967 roku, podczas „wojny 6-dniowej” polscy Żydzi poczuwający się do łączności z Izraelem, zrobili – jak na całym świecie – zrzutkę na dozbrojenie Cahalu. Jak to w niektórych państwach jest nadal praktykowane (w Polsce też mamy do dziś ślady takiego stosunku do własności prywatnej!) PRL czuła się właścicielką posiadanych przez jej obywateli (i nie tylko przez obywateli!!!) pieniędzy – i zakazała wysłania „cennych dewiz” za granicę – bez wydawania zresztą jakichś szczególnie „anty-syjonistycznych” przepisów: takie były ogólne zasady!

Przedstawiciele licznych wtedy jeszcze w Polsce Żydów wzięli więc zebrane dolary, poszli do ambasady USA, tam banknoty te zostały komisyjnie spalone – i w Stanach ponownie wydrukowane. Koszt druku nowych banknotów nie był przecież zbyt duży.

Dziś byłoby to i prostsze – i trudniejsze. Wystarczyłoby wykasować odpowiednie sumy na kontach w Polsce – i powiększyć je za granicą. Z drugiej jednak strony fiskus zaraz zacząłby się dopytywać, gdzie są te pieniądze – i policzył jakiś podatek od darowizny…

Warto teraz postawić sobie pytanie: a co by się stało, gdyby w USA tych pieniędzy nie dodrukowano?

Odpowiedź jest prosta: straciłoby Państwo Izrael (które miało je otrzymać) – a zyskaliby wszyscy posiadacze „zielonych”. Jeśli spalone banknoty stanowiły jedną miliardową część banknotów w obiegu, to wszystkim by się wartość ich pieniądza zwiększyła o 1/1.000.000.000 …

Niewiele – ale zawsze coś.

I odwrotnie: gdyby w USA dodrukowano, a w Warszawie ich nie spalono – to wszyscy posiadacze greenbacków by stracili.

I dokładnie tak samo wszyscy tracą, gdy państwo – ot, tak - dodrukowuje pieniądze.

To jest jasne, proste i oczywiste. A teraz problem trudniejszy: proszę uszeregować - w kolejności od najmniej do najbardziej korzystnej dla okupowanego przez dzisiejsze państwo kraju - trzy możliwości:

a) Państwo milion złotych (w pieniądzach dodrukowanych lub ściągniętych z podatków) rozdaje jako zasiłki dla bezrobotnych

b) Państwo tym milionem pali w kominku Pana Prezydenta

c) Państwo za ten milion kupuje pszenicę i wywozi do głodujących dzieci w Abisynii

Właściwa kolejność to: (a) ( c) i (b).

Rozpatrzmy możliwości od najlepszej.

(b) jest bezwzględnie najlepsza. Wzrosła siła nabywcza ludności w porównaniu do siły nabywczej państwa. Jedyną stratą jest koszt druku pieniędzy. Uwaga! Przydawka: „okupowanego przez jakieś obecne państwo” jest istotne: gdyby było to nie dzisiejsze gosudarstwo, lecz klasyczne państwo mające pieniądze tylko na policję, wojsko i minimalną administrację, to spalenie państwowych pieniędzy przyniosłoby poważną stratę.

( c) jest gorsza, bo z kraju znika pszenica, która mogłaby się przydać komuś do przeżycia. Plusem jest krzepiąca świadomość, że pomogliśmy małym Etiopom.

(a) jest bezwzględnie najgorsza: zapłacono ludziom za to, że nic nie robią – czyli: jedynym efektem jest demoralizacja części ludności – są właściwie wszystkich, bo kiedy pozostali widzą, że tamci dostają pieniądze za nic, to też się demoralizują.

Jak Państwo widzą normalny ekonomista widzi efekt działania gosudarstwa niemal dokładnie odwrotnie, od dzisiejszych polityków-d***kratów.

Janusz Korwin-Mikke

2009-09-07 14:04

Jak staczać?

Pisząc przed miesiącem o tym, że amerykańscy Czerwoni dopłacając do zamiany rzęchów na nowe auta  powtarzają błędy np. brytyjskich Czerwonych sprzed 40 lat - pominąłem inną, chyba lepszą, analogię. Otóż najpoważniejszą, a w każdym razie: bezpośrednią przyczyną kryzysu finansowego w USA było dopłacanie do mieszkań i domów - tym, których nie stać było na własne domy…

…a czymże innym jest dopłacanie do nowych samochodów – tym, których nie stać na nowe samochody?
Czerwoni są po prostu niepoprawni. Kłania się, opublikowana jeszcze w Erze Edwarda Wspaniałego, śp.Stanisława Lema historyjka o (odzianym w malinowy kubrak) Małapucym Chałosie – robocie, który po katastrofie wymyślonego przezeń Najlepszego Na Świecie Systemu (roboty, zamiast pobierać z chmur elektryczność indywidualnie, zostały połączone szeregowo: jeden pobierał, reszta mogła z tego korzystać – tylko… nikomu jakoś nie chciało się pobierać) zaraz chciał ten system zastąpić Innym, Jeszcze Lepszym – zamiast powrócić do normalności.

Moim zdaniem prawdziwym celem tych operacyj nie jest polepszenie lub pogorszenie działania systemu gospodarczego; celem jest umożliwienie bandzie próżniaków zajmowanie się zyskownym dla nich „sprawiedliwym społecznie” dzieleniem. IM jest wszystko jedno, jak zarządzają gospodarką – byle były posady (i/lub łapówki) dla tych, co zarządzają. A ponieważ dzisiejsza technika umożliwia całkiem niezłe życie nawet po zmarnowaniu 90% ludzkiego wysiłku – to marnują. Zasadą jest: Niech się zmarnuje 5 zł -  bylebym miał pretekst by zarobić złotówkę.

I to tłumaczy istnienie „genialnych” rozporządzeń i w ogóle całej radosnej twórczości polityków i biurokratów.

Powstaje pytanie: na czym polega afera z rzekomą sprzedażą stoczni w Gdyni i w Szczecinie? Jeszcze w maju na konferencji prasowej w Szczecinie tłumaczyłem, że ta sprzedaż to „lipa” - i zaraz po wyborach okaże się, że nadal będzie można na Stoczni pasożytować. Jak zwykle: nie pomyliłem się – jednak wokół tej sprawy zaczęło rosnąć coś dziwnego.

Polecam zajrzenie np. na:

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1355,title,Stoczniowcy-nadal-niepewnie-patrza-w-przyszlosc,wid,11358003,wiadomosc.html?ticaid=18ab5&_ticrsn=5

Stoczniowcy nadal niepewnie patrzą w przyszłość

Mimo zapewnień ministra skarbu, stoczniowcy są zaniepokojeni losami stoczni Gdynia i Szczecin. Minister Aleksander Grad zapewnił, że najpóźniej do 17 sierpnia katarski inwestor zapłaci za majątek stoczni.
Minister zapewnił również, że jest to graniczny termin i nie ma powodu obawiać się, że tym razem inwestor wycofa się z umowy.

Szef NSZZ “Solidarność 80″ stoczni Szczecińskiej Nowa, Jacek Kantor, powiedział po spotkaniu, że nie rozwiało ono ostatecznie wątpliwości związkowców.

- Duży niepokój wśród stoczniowców - podkreślał związkowiec - wzbudza ewentualność wycofania się inwestora i co się z tym wiąże, postawienia stoczni w stan likwidacji.

Jacek Kantor przypomniał, że zgodnie z ustawą kompensacyjną, gdy nie powiedzie się prywatyzacja, nie ma już szans na powtórzenie sprzedaży. Sprawa trafia do sądu gospodarczego i toczy się proces upadłościowy.

- Taka jest alternatywa w przypadku niepowodzenia procesu kompensacji - stwierdził szef NSZZ “Solidarność 80″ stoczni Szczecińskiej Nowa.

Dla stoczniowców czas oczekiwania do 17 sierpnia jest bardzo trudny - dodał Jacek Kantor. Dodał, że pierwsi stoczniowcy zaczynają powoli kończyć okres zwolnień monitorowanych. Tymczasem nadal nie wiadomo, czy będą mogli z powrotem rozpocząć pracę w obu stoczniach, czy też będą zmuszeni szukać pracy w innych zawodach.

- Pierwszy termin zapłaty minął w 21 lipca, ale katarska spółka poprosiła o przesunięcie go. W reakcji na to premier dał ministrowi skarbu czas do końca sierpnia na zakończenie prywatyzacji stoczni w Gdyni i Szczecinie.

Zazwyczaj ministrowie, którzy podadzą fałszywą wiadomość podają się do dymisji. Tu p.Premier dał JE Aleksandrowi Gradowi czas do końca sierpnia. Koniec sierpnia minął – i… p.Grad jak był na stanowisku, tak jest. Co podważa również wiarygodność JE Donalda Tuska.

Coraz bardziej jest pewne, że w’okół Stoczni trwa walka dwóch służb specjalnych: jedne chcą nadal pasożytować na Stoczniach – a drugie, w porozumieniu z kumplami z  Mossadu i zaprzyjaźnionymi szejkami (jest więc to najprawdopodobniej wywiad wojskowy), zarobić raz, a dobrze. Z dwojga złego wolę, oczywiście, to drugie rozwiązanie… tyle, że ta operacja została właśnie najprawdopodobniej skutecznie storpedowana.
Klincz trwa. Oczywiście (w odróżnieniu od stoczniowców…) ja się obawiam, że „stocznie zostaną uratowane” (czyli: będziemy musieli znów do nich latami dopłacać). Jedno jest pewne: uczciwie to się skończyć nie może.

Jak bowiem pisał śp.Marian Załucki:
„…gdyby tak Polak stworzył świat:
O rany Julek!
Kulą nie byłaby ta Ziemia,
Nie byłby kulą Księżyc blady;
Sześcianem? Nie wiem. Jedno wiem ja:
Bez kantów nie dałoby rady!”

Janusz Korwin-Mikke